Wisła. Tomasz Cywka: Takie sprawy załatwia się w cztery oczy

- Jestem jedynakiem, więc mamie łza się zakręciła, ale nie próbowała mnie zatrzymać. Anglia to było wyzwanie, ale się nie bałem - opowiada Tomasz Cywka.




Piotr Jawor: Powrót do Polski był trudną decyzją?

Tomasz Cywka: Wiedzieliśmy z żoną, że wcześniej czy później do tego dojdzie. Wiele lat mieszkaliśmy w Anglii i od pewnego czasu chcieliśmy zmienić otoczenie. Niekoniecznie musiała być to Polska, ale chcieliśmy wyjechać w poszukiwaniu nowego bodźca. Liczę na przełom, bo chcę spróbować nowego stylu gry, pojeździć po innych stadionach, zagrać z innymi rywalami.

Jak często bywał pan w Polsce?

- W Anglii liga gra prawie cały rok, najdłuższe wakacje mieliśmy między majem a czerwcem. Wtedy przylatywałem, czasem korzystałem też z przerwy na reprezentację. Wiele się w Polsce zmieniło, to inny kraj od tego, z którego wyjeżdżałem. Dziś widzę tu wiele biurowców i zagranicznych firm, szczególnie w dużych miastach. No i dzięki Euro 2012 mamy nowoczesne stadiony. A ośrodek treningowy Wisły nie jest gorszy od tych z angielskiej pierwszej ligi.

Z Polski wyjechał pan dzień po 18. urodzinach. To była trudna decyzja?

- Już pół roku wcześniej porozumiałem się z Wigan Athletic. Umówiliśmy się, że wracam do Polski, uczę się języka, kończę szkołę i stawiam się w Anglii. Chciałem się mierzyć z najlepszymi, a dla 18-latka takimi byli gracze Premiership. To było wyzwanie, ale się nie bałem.

Rodzice nie próbowali pana zatrzymać?

- Jestem jedynakiem, więc mamie łza się zakręciła, ale nikt nie namawiał mnie, bym został. Z czasem było coraz łatwiej. Mieszkałem z angielską rodziną, więc nie siedziałem całymi dniami sam. Aklimatyzacja przebiegła bez problemów.

W Anglii to częsta praktyka, że młodzi gracze mieszkają u rodzin.

- Tak, przeważnie u kogoś, kto pracuje w klubie. Mieszkałem z rodziną sekretarki, która zawsze zabierała mnie do klubu, po treningu też z nią wracałem. Mieszkali na parterze, ja na piętrze. Miałem oddzielną łazienkę, swój pokój, ale np. wspólnie jedliśmy posiłki. To było dla mnie coś nowego, bo z dnia na dzień zamieszkałem z obcymi ludźmi. Oni wcześniej robili to wiele razy, więc byli w tym obyci i bardzo otwarci. Na początku było dziwnie, w końcu kompletnie tych ludzi nie znałem.

Pomogła pewnie znajomość języka.

- Pół roku indywidualnych lekcji dało efekt, choć na początku musiałem prosić, by mówili trochę wolniej. Po kilku tygodniach już było OK.

Jak pan ocenia pobyt w Anglii pod względem piłkarskim?

- W wielu meczach Premiership byłem na ławce rezerwowych, ale mimo to nie zadebiutowałem. Przegrywaliśmy do przerwy po 0:4 i byłem pewny, że wejdę i wszystko odpali, ale nie dostałem szansy. Kiedyś Steve Bruce powiedział mi, że w kolejnym meczu zagram w podstawowym składzie. Miałem wystąpić za napastnikiem Mido. Wcześniej miałem jednak zagrać w rezerwach, by utrzymać formę i w tym meczu złapałem kontuzję. Najpoważniejszą przez osiem lat pobytu w Anglii... Taki pech.

Nigdzie nie widziałem, by pan narzekał na któregoś trenera.

- Bo prasa czy internet nie są odpowiednimi miejscami do tego. Wyjaśnialiśmy sobie wszystko w szatni, w cztery oczy. Zresztą nigdy nie popadłem w konflikt z żadnym trenerem.

Nawet gdy trener Nigel Clough nazwał pana "niezbyt bystrym piłkarzem"?

- Sam tego nie słyszałem, ale wielu ludzi mi o tym mówiło. To był wyrazisty sygnał od trenera, ale później dowiedziałem się, że on raz na rundę zawsze kogoś w taki sposób skarci. Wtedy padło akurat na mnie.

Nawet związek angielskich piłkarzy wtedy się za panem ujął.

- Tak było. Do tego kibice Derby niemal całe boisko treningowe obwiesili napisami, żebym został w klubie. Myśleli, że po takich słowach zwątpię i będę chciał odejść. Dostałem też wiele wiadomości i listów. Kibice mnie lubili, bo dawałem z siebie wszystko. Nie kalkulowałem, nie uciekałem od gry, a nawet jak wchodziłem na końcówki, to walczyłem na 100 proc.

Na koniec pobytu w Anglii wylądował pan w Blackpool, które miało problemy z zebraniem jedenastu zawodników.

- Trzy lata temu klub był w Premiership, więc infrastrukturę mieli na najwyższym poziomie. Ale tam trzeba było np. samemu prać koszulki, pewnie wynikało to z oszczędnego charakteru prezesa. Tak w tym klubie było od zawsze. Przed sezonem zagraliśmy jeden sparing, mieliśmy 12 czy 13 doświadczonych zawodników, a rezerwowych dokooptowaliśmy w trakcie sezonu.