Wisła Kraków - Pogoń Szczecin. Arkadiusz Głowacki: To bardzo boli [ROZMOWA]

- Sytuacja, w której nadarza się szansa na puchary, wynika z nałożenia się pewnych rzeczy, zbiegu różnych okoliczności. Nie da się przestawić tak z dnia na dzień - mówi Arkadiusz Głowacki, kapitan Wisły Kraków.
Jacek Staszak: Sześć straconych punktów na własne życzenie. Mógł być lider?

Arkadiusz Głowacki: W tym momencie nie ma sensu skupiać się na całości. Można teraz mówić tylko o tym meczu, ale nie będzie to nic optymistycznego. Graliśmy słabo, w skandaliczny sposób daliśmy sobie wyrwać zwycięstwo i to bardzo boli. Nie można tak tracić bramek, bez względu na to jak się gra, a z Pogonią nie graliśmy.

Brakuje wam tych zwycięstw w słabych meczach?

- Takie spotkania się zdarzają, to trzeba sobie powiedzieć. Są nawet takie, kiedy przeciwnik potrafi nas zdominować, jak z Górnikiem Zabrze (1:1). Teraz nie wyglądało to dobrze, ale mimo wszystko prowadząc 2:1, nie można tak tracić bramki. To podcina skrzydła na następne mecze. Trudno powiedzieć, jak się z tego otrząsnąć i przygotować do następnego, ciężkiego spotkania.

To, że są tylko dwa dni, to wam pomoże?

- Rzeczywiście tak może być. Cały tydzień myśleć o tym, co dzisiaj wyczynialiśmy, raczej nie wyszłoby na dobre.

Takie mecze siedzą w głowach?

- Tak, nie ma co się czarować, że od razu się o tym zapomina. Tak się nie da, każdy będzie teraz myślał, dlaczego tak to wyglądało, a czekają nas ciężkie spotkania.

Pogoń chyba was nie zaskoczyła.

- Miała być dobrze zorganizowana i była.

To oddzieliło was od zwycięstwa?

- Nie powinno. Powinniśmy szybciej zmieniać ciężar gry, za dużo graliśmy na jednej stronie, do tego niecelne podania, łatwe straty. To napędza przeciwnika, a nas ciągnie w drugą stronę.

Z trybun bramkę na 2:2 było ciężko uchwycić, wszystko działo się szybko.

- Nie wiem, co powiedzieć. Jedna długa piłka rywala, przy naszym prowadzeniu 2:1... Nie może się tak stać, naprawdę.

Trener po meczu miał do was żal, że tak doświadczona drużyna powinna wiedzieć, jak się zachować przy prowadzeniu.

- I ma rację. W 90. minucie, kiedy mecz się nie układa od początku, bez sensu jest atakować, wrzucać piłki w pole karne i chcieć strzelać. Trzeba grać pod narożnik boiska, trzymać piłkę, wymuszać faul. Wiem, że to niepopularne, ale tak się gra i trzeba to robić.

Dlaczego brakuje tego cwaniactwa?

- Nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć. To nie koncentracja czy motywacja. Nic nie wymyślę w tej chwili.

W sobotę mecz z Jagiellonią, która przegrała 0:1 z Legią w 98. minucie po kontrowersyjnym karnym. Jesteście w podobnej sytuacji?

- Być może, ale nas to nie może interesować. Ale jest pytanie, kto sobie lepiej poradzi z emocjami.

W ostatnich meczach macie problem z przypieczętowaniem zwycięstw.

- Często wydaje się, że wszystko jest pod naszą kontrolą i to wskazuje, że będziemy piąć się w górę. Potem przychodzi mecz, który obala wszystkie teorie, ale to nie tylko nasz problem. Nie wiem, jak to wyjaśnić. Z Pogonią celem było zwycięstwo i przede wszystkim dobra gra. Zabrakło jednego i drugiego.

Może to wychodzenie za daleko, ale czy cel - europejskie puchary - którego zrealizowanie daje czwarte miejsce nie jest za niskim wymaganiem? Walka o podium, o medale może wzbudzać inną mentalność? Z drugiej strony, przykłady Legii i Lecha tego nie potwierdzają.

- Musimy patrzeć szerzej, mamy swoje problemy, a sytuacja, w której nadarza się szansa na puchary, wynika z nałożenia się pewnych rzeczy, zbiegu różnych okoliczności. Nie da się przestawić tak z dnia na dzień. Gramy o zwycięstwo w każdym meczu, mówimy to sobie, chcemy tego bardzo, ale być może brakuje nam umiejętności, wszystkiego po trochu. Mamy doświadczenie, ale z czegoś jednak wynikają te straty punktów.

Mówi pan o sytuacji klubu. Jest za dużo niepotrzebnych myśli?

- W momencie, kiedy wychodzi się na boisko, to problemy zostawia się w szatni. Liczy się tylko murawa, tam wszystko się dzieje. Po prostu z tego wyszła ta okazja, którą można lepiej wykorzystywać.