Nikola Mijailović: Na drodze Wisły Kraków do Ligi Mistrzów stali źli doradcy [WYWIAD]

- Właściciel Wisły dobrał sobie złych doradców. Gdyby Dan Petrescu dostał więcej czasu, co roku grałaby w Lidze Mistrzów - ocenia Nikola Mijailović, były piłkarz krakowskiego zespołu.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas

Rozmowa z Nikolą Mijailoviciem, byłym piłkarzem Wisły (58 występów w ekstraklasie), obecnie graczem Crvenej Zvezdy Belgrad.

Maciej Słomiński: W 2004 roku Wisła zapłaciła za pana, wówczas 22-letniego obrońcę, niemało, bo 400 tysięcy euro. Pamięta pan początki w Krakowie?

Nikola Mijailović: Jasne. W drugim meczu z Górnikiem Zabrze dostałem dwie żółte kartki w ciągu pięciu minut, a w efekcie czerwoną. Wcześniej strzeliłem pięknego gola.

Ta czerwona kartka to efekt prowokacji Michała Probierza, wtedy pomocnika Górnika. Wie pan, co on dziś porabia?

- Jak grałem w Koronie, już wtedy był trenerem Jagiellonii i tamtą prowokację puściliśmy w niepamięć. Na boisku mogę się z kimś pokłócić, ale potem możemy być kolegami. Znów wrócił do Białegostoku i nieźle mu idzie. Podoba mi się jego praca, lubię takich ludzi, jest charakterny, pracowity, w typie Diego Simeone. Śledzę polską piłkę i myślę, że to obecnie najlepszy polski trener, a jeszcze się rozwinie.

Pamięta pan trenerów, z którymi pracował w Polsce?

- Przez trzy lata było ich siedmiu czy ośmiu.

Jednym z nich był Dan Petrescu, po którego odejściu powiedział pan, że był "zbyt wielkim profesjonalistą na ten klub".

- W pełni to podtrzymuję. W szatni był problem, starsi zawodnicy mówili, że jest im za ciężko. Każdy trener ma program i zawodnik ma według niego pracować, a niektórym to nie pasowało. Maciek Stolarczyk i Marcin Baszczyński byli wśród niezadowolonych i chodzili się skarżyć. Narzekali, że jest za ciężko. A jak ma być? Jeśli mają przyjść efekty, to musi być ciężko.

W Polsce mówili o panu "dobry piłkarz, ale sprawia problemy".

- Szczerze, to ja mam gdzieś, jaka jest o mnie opinia. Nie będą mnie obcy ludzie oceniać. Wiem, jaki ja jestem, przyjaciele też wiedzą.

Ostra gra to była pana cecha charakterystyczna.

- Nie dostałem wcale tak dużo czerwonych kartek, z cztery podczas pięciu lat pobytu w Polsce. Z czego trzy dał mi sędzia Jarosław Żyro. Niezasłużenie ciągnęła się za mną opinia brutala. Gdy grałem w podstawowym składzie, przez trzy lata Wisła przegrała jeden mecz z Koroną Kielce [Mijailović zapomniał o porażce 2:4 z GKS Bełchatów w listopadzie 2006 roku - przyp. red.]. Krakowski okres wspominam bardzo dobrze. Dobrze mi się grało, kibice mnie lubili, dwa razy zdobyliśmy mistrzostwo. Czego chcieć więcej?

Poza boiskiem trochę pan jednak szalał. Np. ucieczka przed policjantami, gdy zatrzymali pana do kontroli, a także skazanie na prace społeczne za pobicie.

- Młody byłem i do tego sam w Krakowie. Parę razy się zagotowałem. Na każdym treningu, w każdym meczu dawałem z siebie wszystko. Zawsze byłem temperamentny. Gdy nie płacili, to następnego dnia byłem u Basałaja [Janusza - przyp. red.] czy Kapki z pytaniem, gdzie jest moja kasa. Nikt nie wie, jaka jest prawda, mówią, że wariat, a nikt nie wie, jak był skonstruowany kontrakt [60 proc. trafiało najpierw do menedżera Adama Mandziary, z którym Wisła niedawno przegrała proces - przyp. red.]. Nie płacili, a ja nie mogłem podać ich do sądu. Wciąż czekam na pieniądze z klubu.

Parę razy widziano mnie w knajpie, ale co z tego? Inni to nie piją? Tyle że się chowali, bo mieli żony, ja byłem sam, więc nie musiałem się obawiać. Jeśli zrobiłem coś źle, to płaciłem za błędy.

Jaka jest pana opinia o Bogusławie Cupiale, właścicielu Wisły?

- Nigdy z nim nie rozmawiałem. Gdy byłem w Wiśle, wiele rzeczy stało na głowie. Właściciel dobrał sobie złych doradców, wiele osób obłowiło się jego kosztem. Gdyby to ode mnie zależało, inaczej bym to poukładał. Dałbym więcej czasu Petrescu, z nim u steru Wisła grałaby co roku w LM. W Krakowie naprawdę jest potencjał, to wielki klub, ale... Np. gdy prowadził nas Dragomir Okuka, to Adam Nawałka był dyrektorem. Bardzo chciał być trenerem i "pomógł" Okuce przestać być szkoleniowcem.

Jednak najlepszy pana okres w Polsce to dwa lata w Koronie.

- To prawda. Spokojne miasto i spokojny klub. Przyszliśmy z Aleksandarem Vukoviciem po piątej kolejce, gdy byliśmy na trzecim miejscu od końca. Skończyliśmy na szóstym. Zaczęliśmy nowy sezon i byliśmy wiceliderem, kiedy odszedłem do rosyjskiego Amkaru Perm. Gdybyśmy zostali, klub dokupiłby z dwóch dobrych piłkarzy, to byłaby szansa bić się o mistrza.

Vuković z Partizana, pan z Crvenej Zvezdy, ale jesteście przyjaciółmi?

- Tak, bo jesteśmy normalnymi kibicami. Nie tak jak ci, których mogłeś oglądać podczas ostatnich derbów Belgradu.

Jakby pan porównał poziom ligi serbskiej do polskiej?

- Waszą stawiam wyżej. Jest bardziej ułożona. Ale gdyby w Serbii były nowocześniejsze stadiony, gdyby ligę pokazywał Canal+, byłaby lepsza otoczka i wówczas ligi te byłyby zbliżone. W Polsce kluby mają więcej pieniędzy, płacą w miarę regularnie. W Serbii są dwa mocne kluby, z których jeden w ogóle nie płaci.

Żałuje pan w ogóle czegoś?

- Każdy człowiek czegoś żałuje, takie jest życie. Mogłem grać na wyższym poziomie.

Może trzeba było się gryźć w język?

- Nie, to nie byłbym ja. Nie chcę udawać, że jestem Świętym Mikołajem. Chociaż imię i brodę mam odpowiednie. Zawsze mówiłem to, co myślę. Inni mówili to, co inni chcieli usłyszeć. W Polsce za dużo się gada, a za mało robi.

W Serbii tak nie jest?

- Chyba mniej. Tu ludzie są bardziej szczerzy.

Dwa tygodnie temu, podczas derbów Belgradu, doszło do krwawej bitwy między kibolami Partizana i Crvenej Zvezdy. Pan nie zagrał w tym spotkaniu.

- Crvena Zvezda nie płaciła mi, więc podałem ich do sądu. Przez to nie gram, ale nie żałuję. Wiem, że nie tylko mnie nie płacą, przez to w drużynie panuje fatalna atmosfera. Grzegorz Bronowicki [grał w Crvenej w sezonie 2007/08 - przyp. red.] po latach dostał swoje, trochę pomogłem mu się dogadać. To, co dzieje się teraz w tym klubie, to katastrofa. Działacze patrzą na własny interes, na grubość portfeli.

Obejrzał pan derby?

- Nie, nie mogłem. Serce mi się kraje, jak widzę, co się dzieje.

Przed powrotem do Serbii wiedział pan, jaka jest sytuacja?

- Tak, ale chciałem zagrać dla swojego klubu, nie robiłem tego tylko dla pieniędzy.

Czyli jest pan kibicem Crvenej Zvezdy?

- Kocham ten klub od małych nóg - jak to się w Serbii mówi. Chciałem wrócić, zdobyć mistrzostwo i tak się w poprzednim sezonie stało. Niestety, nie zagraliśmy w pucharach, bo tym klubem rządzą złodzieje. Nie ma pieniędzy, jest ogromny dług.

Jakby pan porównał derby Belgradu z derbami Krakowa, w których też pan występował?

- Nie da się tego porównać. Nie ma lepszych derbów od belgradzkich. Nie znam drugiego takiego klubu jak Crvena Zvezda, z takimi kibicami. Sam jednak widziałeś, co się działo w sobotę, biją się, nienawiść między klubami jest wielka, a wszystko z winy władz obu klubów. Wcześniej tego nie było, było ostro, ale nie aż tak, nie było takiej nienawiści.



W sobotę Wisła Kraków podejmie Górnika Zabrze. Kto wygra?