Wisła pany! Cracovia grała ambitnie, ale poległa

Po takim meczu po krakowskim Rynku z podniesioną głową powinni chodzić piłkarze obu zespołów. Może nie stworzyli wielkiego widowiska, może w XXI wieku lepszych derbów było kilka, ale żadnemu zawodnikowi nie można było zarzucić, że nie sprostał randze najstarszych derbów Polski. W 189. potyczce krakowskich zespołów Wisła pokonała Cracovię 2:1.
Wszystko o 189. Derbach Krakowa - wideo, wywiady, analizy, oceny na krakow.sport.pl »

Cracovia już przed meczem była rozbita, bo z drugoligowymi Błękitnymi dokonała piłkarskiego samobójstwa. Do tego w derbach przegrywała 0:2, później grała w dziesięciu, a mimo to do końca miała szansę na remis. Wisła była jednak lepsza. Indywidualnościami przerasta rywali o głowę, a bramki zdobywała po akcjach, jakich zawodnicy Cracovii mogą nie stworzyć do końca sezonu.



Nie minęły dwie minuty, a Arkadiusz Głowacki udowodnił Denissowi Rakelsowi, że derby to nie przelewki. Kapitan Wisły tak ostro zaatakował Łotysza, że ten wylądował dwa metry za linią boczną. Za moment Głowacki mógł zadać rywalom jeszcze mocniejszy cios, ale jego uderzenie trafiło w słupek.

A później zaczęło się usypianie. Rywali, kibiców i wszystkich wokoło. Trwało niespełna kwadrans i zostało zakończone mocnym uderzeniem, godnym zapomnianego już określenia "krakowska piłka". Paweł Brożek zagrał do Łukasza Garguły, ten z pierwszej piłki dograł do Semira Sticia, a Bośniak kopnął ją w taki sposób, by męki Cracovii były jak najdłuższe. Futbolówka leciała wolno, minęła Krzysztofa Pilarza i w końcu wtoczyła się za linię. Ławka rezerwowych Wisły poderwała się z radości, a Robert Podoliński stał przy linii sam. Z założonymi rękami patrzył się na zawodników, ale nawet nie próbował krzyczeć. Wyglądał jak trener pogodzony z losem.

Takiego scenariusza nie chcieli zaakceptować jego gracze. Uderzał Bartosz Kapustka, próbował Damian Dąbrowski, ale to były tylko sygnały ostrzegawcze. Konkretniejsza była Wisła. Stilić zagrał do Brożka, a uderzenie napastnika Wisły przełamało ręce Pilarza i było 2:0. Niemal cała drużyna świętowała pod trybuną Wisły, a na swojej połowie został tylko Głowacki. Uspokajał kolegów, kazał się im skoncentrować i za kilkadziesiąt sekund wiślacy już wiedzieli dlaczego. Krzysztof Nykiel przedarł się bokiem, zagrał wzdłuż bramki, a piłkę do siatki wepchnął Marcin Budziński. I tak zamiast zadać decydujący cios, Wisła pozwoliła rywalom wrócić do gry.

I Cracovia wiedziała, co z tym zrobić, a przynajmniej próbowała wiedzieć. Atakowała śmielej, momentami zamykała rywali na ich połowie i tak się w tej ofensywie zagalopowała, że zapomniała o obronie. Wystarczyły dwa kopnięcia i Brożek pędził sam na bramkę Cracovii. Gonił go Kapustka, ale dogonić nie mógł. Zdecydował się na wślizg, który skończył się faulem i czerwoną kartką. Mimo osłabienia goście atakowali, ale równie dobrze mogli stracić trzecią bramkę.

Szkoda tylko, że na 189. derby Krakowa najlepiej było przyjść równo z gwizdkiem, i to ze stoperami w uszach. Tylko w taki sposób można było uniknąć setek bluzgów, które leciały z trybun. Do tego na płotach z obu stron zawisły płachty udowadniające, że środowiska kibicowskie są mocno powiązane ze światem przestępczym. Motywem przewodnim były bowiem morderstwa na tle kibolskim. Do tego kibole Cracovii odpalili ok. 20 zakazanych prawem rac, na co kibole Wisły odpowiedzieli antysemickimi przyśpiewkami.