Sport.pl

Nie wsiadł do wołgi i grał w Cracovii. Później został gwiazdą Wisły

1967 rok. Ryszard Sarnat trenuje z drużyną z Kałuży, ale dostaje ofertę z drugiej strony Błoń. - Odmówiłem, bo chciałem decydować o sobie - mówi. Po trzech latach przechodzi jednak na Reymonta i tam trafia do reprezentacji. Dziś 72-letni były piłkarz opowiada w rozmowie z krakow.sport.pl o tym, jak wielkie w jego karierze znaczenie miał przypadek i jak układy zablokowały mu wyjazd na igrzyska do Monachium.
Wszystko o 189. Derbach Krakowa - wideo, wywiady, analizy, oceny na krakow.sport.pl »

Sarnat grał w trzech krakowskich klubach: Wawelu, Cracovii i Wiśle. W I lidze zagrał w sumie w 114 meczach i strzelił 42 gole.

Jacek Staszak: W trakcie kariery grał pan i w Cracovii, i w Wiśle, ale w derbach tylko w barwach tej pierwszej drużyny. Jak to było?

Ryszard Sarnat, były napastnik Cracovii i Wisły: Gdy byłem w Cracovii, to tylko jeden sezon byliśmy w pierwszej lidze. Poszedłem tam, gdy grała w drugiej, ale zdecydowałem się na nią, bo tam był wspaniały klimat i wspaniały trener Michał Matyas. Po dwóch sezonach awansowaliśmy do pierwszej ligi, ale niestety szybko spadliśmy. Po tym sezonie, w 1970 roku, odszedłem do Wisły.

Derby jednak pamiętam. Przegraliśmy u siebie 2:3. Pierwszego gola strzeliłem głową po akcji ze Zbyszkiem Stroniarzem. To było otwarte spotkanie. Jeszcze na chwilę przed końcem wygrywaliśmy 2:1, ale niestety wyrównali i potem Wiesław Lendzion zdobył zwycięską bramkę dla Wisły.

Drugiego meczu nie pamiętam, może powinienem się wstydzić. A może nie? W końcu to było dawno temu [Sarnat w tamtym spotkaniu nie grał].

Wspomniał pan Matyasa. Jaki to był trener?

- Człowiek o bardzo silnym charakterze, dużej osobowości. Uważaliśmy go prawie za ojca. Można było się do niego zwrócić ze wszystkim. Zawsze sensownie doradził, mieliśmy do niego pełne zaufanie. No i jako szkoleniowiec był fachowcem wysokiej klasy. Wcześniej to był wspaniały piłkarz. Lwowiak. Do tej pory na Wszystkich Świętych jestem na jego grobie na Rakowicach.

Cracovia - wspaniały klimat, wspaniały trener. Były wspaniałe mecze?

- Górnik Zabrze u siebie w 1969 roku, 35 tysięcy ludzi na stadionie. Jeszcze był ten tor kolarski z betonu. Nie widać go wtedy było w ogóle, bo ludzie na nim stali. Zremisowaliśmy 1:1, a to była drużyna z Włodkiem Lubańskim, z Janem Banasiem. Mieliśmy troszkę szczęścia, ale zasłużyliśmy na ten punkt. Nasz bramkarz Henryk Jałocha miał kontuzję i Matyas wprowadził młodego Aleksandra Palucha, wołaliśmy na niego "Paluszek". W pewnym momencie wybiegł z bramki, żeby przejąć długi przerzut. My stanęliśmy, bo myśleliśmy, że będzie spalony, ale sędzia puścił grę. Piłka skozłowała na 20. metrze, Banaś uprzedził Palucha, podbił piłkę i chciał potem w polu karnym z orkiestrą przywalić. Wszyscy na to patrzą, a on walnął ponad bramką.

Cracovia już wtedy miotała się między pierwszą a drugą ligą?

- Tak, grała też przez jakiś czas w trzeciej. Miała taki długi okres słabości, niestety. Ale bardzo przyjemnie wspominam tamte chwile w Cracovii. Mieliśmy fajny zespół - Janek Antczak, Staszek Szymczyk, Andrzej Mikołajczyk, Antek Zuśka, Andrzej Spiżak. Była superatmosfera. Kierownikiem zespołu był Tomasz Krupiński. Bardzo mile wspominam ten okres w Cracovii, chociaż z czasem się okazało, że to raczej wyhamowało moją karierę.

Dlaczego?

- Wyszedłem z wojska, więc przestałem grać w Wawelu Kraków. Wisła z Cracovią jednocześnie starały się o mnie. Była komuna, inne czasy i o pewnych sprawach decydował raczej sekretarz partii, układy. Nie mogłem się zdecydować, choć bliżej mi było do Wisły. Grała w I lidze, była większa szansa wybicia się.

O tym, że jednak trafiłem do Cracovii, zadecydował jeden fakt. Przez jakiś czas z nią trenowałem i pojechałem na obóz do Muszyny. Dowiedział się wtedy o tym ówczesny prezes Wisły Stanisław Wałach. Wiemy, co to było za nazwisko. Potęga. Przysłał po mnie czarną wołgę. Kierowca podjechał pod hotel i mówi: "Panie Ryszardzie, szef mnie wysłał, chce z panem porozmawiać". Trener Matyas stwierdził, że decyzja należy do mnie. "Rysiu, wiadomo kto przyjechał" - powiedział.

Postanowiłem nie wsiąść. Kierowcy powiedziałem, że sam o sobie chcę decydować. Wróciliśmy z obozu i do siebie, do urzędu miasta na Basztową, poprosił mnie wówczas zarządzający miastem Józef Nagórzański. "Panie Ryszardzie, niech mi pan powie, gdzie pan chce grać?" - mówi. Powiedziałem dokładnie to samo. No i poszedłem.

Po trzech latach poszedłem do Wisły, już starszy, i mimo to byłem powoływany, dostrzegano mnie, radziłem sobie w kadrze. Gdybym trafił na Reymonta trzy lata wcześniej, to pewnie byłoby inaczej. Byłem w szerokiej kadrze 40 piłkarzy powołanych na igrzyska olimpijskie w Monachium. Osiemnastka miała być wybrana po trzech ligowych meczach. Kto w najlepszej formie, leci do Niemiec.

Zaczyna się sezon, wygrywamy u siebie 3:1 z Zagłębiem Wałbrzych, trzy bramki Sarnata. Tydzień później gramy w Szczecinie, Sarnat strzela gola po rzucie rożnym. Po meczu obserwator kadry Jerzy Talaga przychodzi do mnie i mówi: "Rysiu, trzeciego już nie musisz grać!". Następny graliśmy u siebie z Górnikiem Zabrze. Hubert Kostka, Włodzimierz Lubański, Andrzej Szarmach, Stanisław Oślizło. No, reprezentacja Polski prawie. Wygrywamy 1:0, zdobywam bramkę. Trzy mecze, pięć goli. Prasa zadowolona. Po tym meczu, wieczorem, Kazio Górski ogłasza na Wiśle kadrę. No i Sarnata nie ma. Po paru latach dopiero porozmawiałem z Kaziem i naświetlił mi tę sprawę. Chciał, ale nie mógł.

Myśli pan, że to przez to, że komuś pan się naraził?

- Pewnie inaczej by patrzyli. W 1974 r. też byłem powoływany, grałem w towarzyskim meczu w Poznaniu z Duisburgiem. Wygraliśmy 1:0 po golu Deyny. Na odprawie Kaziu mówi: "Lubański gra w pierwszej połowie, Sarnat w drugiej". Było strasznie zimno, mżawka, błoto. Siedzimy na ławce i myślałem sobie, że nie ma po co się rozgrzewać, skoro wchodzę dopiero w drugiej połowie. Nagle trzask! Ścięli Włodka i musiałem wejść taki skostniały. Wchodzę na błoto, na mżawkę, na Niemców, na pressing. Źle ponoć nie wypadłem.

Gdy trafił pan później do Wisły, to temat tej odmowy wrócił?

- Oczywiście. Pojechaliśmy do USA na turniej. Nowy Jork, Chicago, byliśmy tam prawie miesiąc. Zaprosiła nas polska misja handlowa do budynku ONZ. Wysokie piętro, zrobili bankiecik. Jest wesoło i słyszę, że Wałach mnie woła. "Przyznam, że pamiętam tamten moment, wiesz który" - zagaja. Wiadomo, że chodziło o tę wołgę. "Tak, tak, tak! Nie wiedziałem, co z tobą zrobić " - zawiesił głos. Wtedy był potężny, mógł zrobić wszystko, takie były układy. "Nawet mi się spodobałeś, bo mi odmówiłeś. Nadajesz się na milicjanta" - śmiał się.

Do Wawelu Kraków trafił pan po powołaniu do wojska?

- Tak, i to też była ciekawa historia. Dostałem najpierw wezwanie do Warszawy, do Legii. Pożegnałem się w domu i wyszedłem na dworzec. Mieszkałem wtedy z rodzicami w Kielcach. Czekałem na pociąg jadący z Krakowa do Warszawy. Dokładnie wtedy przyszedł do nas niejaki major Rybicki i zapytał, gdzie jestem. Usłyszał, że jestem już na dworcu i popędził gwintem mnie poszukać. Znalazł mnie pięć minut przed odjazdem i powiedział, że jedziemy do Krakowa. Mówił, że wszystko bierze na siebie, a dawniej major to było coś, więc musiałem z nim iść. Godzinę później jechałem już do Wawelu i od razu trafiłem do pawilonu sportowego. Szybko przynieśli mundur i trzy dni później graliśmy ze Startem Łódź w II lidze. Przegraliśmy 1:2, ale strzeliłem gola.

Gdyby nie ten major, trafiłby pan do Legii z Brychczym, z Deyną.

- Wsiadłbym i koniec, miałbym inne życie. Mogłem i tak tam skończyć, bo Legia wciąż nalegała. Mieli większą siłę. Ale w Krakowie postanowiono, że muszę wykonać skok spadochronowy, a regulamin był taki, że desantowców przenosić nie wolno. No i skoczyłem i zostałem żołnierzem 6. Pomorskiej Dywizji Powietrzno-Desantowej. Do dziś nie wiem, skąd się wzięło to "Pomorska". Legia z kolei odpuściła.

Fajną mieliśmy w Wawelu drużynę, choć przyszedłem w połowie sezonu i nic nie mogłem pomóc - spadliśmy z II ligi. Po sezonie przyszedł kolejny rzut żołnierzy, później następni, m.in. Robert Gadocha. Jakimś cudem nie weszliśmy do II ligi. U siebie tłukliśmy każdego kilkoma bramkami, ale potem trzeba było się najeździć, bo mistrz ligi nie awansował, trzeba było grać dodatkowe mecze. Przegraliśmy z Olimpią Poznań, Hutnik też nas raz wykoleił...

Niepotrzebnie spędziłem w Wawelu dwa kolejne lata. Przekonali mnie, że budują fantastyczny zespół. Leonard Eliński, znany sędzia, był prezesem i mówił: "Rysiu, zostań! Zobaczysz, jaka tu drużyna będzie!". Klimat był fajny, a człowiek naiwny, więc zostałem.

W 1970 roku trafia pan do Wisły. Jaka to była drużyna?

- Trzecia siła ligi. Była Legia, Górnik, a potem Wisła i może Polonia Bytom. Trafiłem do zespołu, który przechodził sztafetę pokoleń. Karierę kończył powoli Władysław Kawula, był już Antoni Szymanowski, Adam Musiał, później przyszli jeszcze młodsi - Kazek Kmiecik, Krzysztof Obarzanowski. Zawsze byliśmy w czołówce, ale nigdy nie zdobyłem mistrzostwa, bo Górnik kosił wszystkich. Górnictwo za Gierka to była potęga. Trzy razy więcej od nas zarabiali. Widać to było, ale nie byli zarozumiali, dufni. Szanowaliśmy się, były przyjaźnie, koleżeństwa. Żadnej agresji jak teraz.

Kto wtedy trzymał szatnię?

- Starsi piłkarze jak Rysiek Wójcik czy Stasiu Gonet. Nie było takich zdecydowanych liderów, którzy twardo trzymali, i trzeba było im się przyporządkować. Wiadomo, była różnica, była jakaś hierarchia, ale to był zdrowy układ. Bardzo mi się podobał.

Większość była z Krakowa. To dlatego wtedy tak łatwo było o przyjaźnie między piłkarzami?

- Oprócz tego wszyscy się szanowali. Była złośliwość, żart, humor. Czasem wypiło się fajną wódeczkę, kiedy trzeba było i można było. Żadnej agresji. Bardzo miło wspominam ten okres. Trudno mieć teraz pretensje do piłkarzy, bo kto ma tworzyć ten klimat? Teraz każdy ma kontrakt, wielkie pieniądze. To decyduje o wielu rzeczach.

Kiedyś było więcej luzu?

- Teraz wszystko jest szybkie, dynamiczne, trzeba szybko podejmować decyzje. I na boisku, i poza nim. Wszystko poszło do przodu i różnice są w każdym elemencie. Boiska, sprzęt, opieka - przepaść.

Patrzy pan na boisko przy Reymonta i aż chciałoby się zagrać?

- Naturalnie. Dawniej większość drużyn miała taką murawę jak teraz Cracovia. Na Górniku, na Legii to zawsze była świetna. Wychodziłem na rozgrzewkę i już wiedziałem, że będę grał super. Kochałem taki dywan, aż prosiło się, żeby zagrać klepkę, przyspieszyć. Ależ to była przyjemność! Teraz każdy piłkarz ma to podane na tacy. Piłkę mieliśmy taką, że ważyła dwa razy więcej, gdy padało. Czuło to się przy główkach. Kibice po meczach prosili, żeby dać koszulkę, dzieci błagały i patrzyły tymi swoimi smutnymi oczami, ale nie było na to szans, bo bym nie miał w czym grać.

Jan Nowicki mówi, że aktorzy Starego Teatru kolegowali się z piłkarzami Wisły. Skąd to się wzięło?

- Jasiu jest kibicem, zawsze pojawiał się na meczach. Grywał też w tenisa na obiektach Wisły i tak się poznaliśmy. Jasia można polubić i pokochać za charakter. Zaczęliśmy chodzić do teatru na jego spektakle, on na nasze mecze. Dzisiaj mogę powiedzieć, że to mój przyjaciel.

Słyszałem, że oglądacie razem mecze?

- Barcelony to nigdy nie odpuszczamy, a Leo Messiego to kochamy bezgranicznie. Zawsze do siebie dzwonimy, jak jest bramka. Szybko wybieram numer i jak słyszę, że jest zajęte, to wiem, że Jasiu do mnie dzwoni. (śmiech)

Ktoś tak w Wiśle lubił czarować jak Argentyńczyk?

- Hubert Skupnik! Pan go pewnie nie widział, ale jaką on miał smykałkę, to pan od niejednego piłkarza usłyszy. Świetna lewa nóżka, jak on kochał zakładać siatki. Jeździł po lewym skrzydle prawie do słupka i strzelał z kąta. Prawie nie dogrywał, może od czasu do czasu. Gdyby podawał, grałby w kadrze cały czas.

Rozmawialiście z nim? Próbowaliście go przekonać?

- Nie dało się go przegadać. Zawsze brał piłkę, przechodził dwóch-trzech i chciał strzelać. Każdy krzyczał: "Hubert! Rany boskie! Zagraj!". No a on się denerwował. Jakby dogrywał, to byłby najlepszy, bo technikę miał perfekt. No, ale do gry w piłkę to trzeba mieć też dużo w głowie.

Który moment w śledzeniu meczów Wisły był najtrudniejszy?

- Gdy spadła do II ligi. Wtedy chodziło się codziennie na stadion, spotykaliśmy się w gronie starszych piłkarzy w kawiarni klubowej. Przychodził Gonet, Rysiu Wójcik. Przed meczami to już w ogóle kilka godzin wcześniej, po meczu się zostawało. No i debatowaliśmy co z tą Wisłą. Trudne czasy, przecież ten klub do drugiej ligi nie pasuje. Później przeżywało się te mecze, jak syn bronił. To było niesamowite. Oglądałem i przed każdym złapaniem piłki przeżywałem, co się stanie. Potem sobie wytłumaczyłem, że nie ma co się denerwować, że nie mam na to wpływu. Z czasem byłem coraz bardziej wyluzowany, ale początki były niesamowite.

Pański syn w 2001 roku był jak Joe Hart na Camp Nou.

- No tak, wybronił z pięć sytuacji. Był w świetnej formie. Dopiero kwadrans przed końcem strzelił mu dzisiejszy trener Barcelony Luis Enrique. W samo okienko. A poszło nawet po palcach!

Podobno mecz z Realem Saragossa oglądał pan z różańcem w ręku.

- Człowiek się modlił, to prawda. Niesamowity mecz. Tam 1:4, tu do przerwy 0:1. Nikt by nie postawił złamanego grosza, że oni doprowadzą do dogrywki. Zaczęło się, jak Kaziu Moskal walnął pięknego gola na bramkę w stronę Błoń. I następne. I dogryweczka. Siedzieli ci panowie z Hiszpanii z pięknymi kobietami, schodzili co chwila do kawiarni. Och, jacy to oni nie byli światowi, jacy głośni, ile nie wydali! A potem - coraz ciszej, coraz ciszej. I te karne Artek wybronił decydującą.

Zdarzały się tak szalone mecze w pana karierze piłkarskiej?

- Szalone może nie, ale emocjonujące były z Górnikiem, Legią. W Pucharze UEFA graliśmy też z Young Boys Berno u siebie. Strzeliłem wtedy cztery bramki. Drugi czy trzeci mecz przy sztucznym świetle. Masa przeżyć, masa fajnych bramek.

Był taki mecz w Zabrzu. Wygraliśmy 1:0. Do dziś pamiętam. Cisnęli nas strasznie. Przejąłem piłkę na lewej stronie, zagrałem na drugie skrzydło do Marka Kusty. Przyjął i się zerwałem, a że on był szybki, to musiałem drzeć na gwint. Wbiegł w pole karne, zagrał wzdłuż bramki i trafiłem. Piękna akcja, piękna, klasyczna kontra. Tyle lat minęło, a człowiek pamięta, z którego miejsca zagrywał, ile metrów przebiegł i jak to się skończyło [Sarnat opowiada o meczu z kwietnia 1973 roku].

W 1974 roku kończy pan grę w Wiśle i przenosi się do Niemiec.

- Grałem w HSV Hamm w niemieckiej Oberlidze. To odpowiednik naszej II ligi. W tamtych czasach każdy piłkarz chciał wyjechać za granicę i zarobić. U nas też były niezłe pieniądze, ale nie takie, żeby się ustawić na całe życie. Na dobre mieszkanie, samochód, lepsze ubranie - tak. Trzeba było myśleć o przyszłości albo jechać za granicę. A jak ktoś miał ciężką kontuzję, to już był koniec kariery.

Bardzo miło wspominam grę w Niemczech. Te lata dały mi dużo sportowo i finansowo. Poznałem niemiecki. Ten Zachód coś wtedy znaczył. Człowiek wracał do kraju na urlop, cieszył się z rodziną, ale powrót po dwóch tygodniach to było coś. Zupełnie inny świat. Czystość, perfekcja, dobrobyt, dyscyplina. Czuło się ten ordnung. Do tego byłem szanowany, w pierwszym sezonie zostałem królem strzelców. Polacy nie mieli wtedy dobrej prasy, bo były różne incydenty, ale do mnie mówili, że "Richard ist klasse". Chyba grą i, może to zabrzmi jak bufonada, pozaboiskowo zasłużyłem sobie na taką opinię.

To był klub półzawodowy?

- Tak, tylko kilku z nas miało normalne kontrakty. Trenowaliśmy zwykle wieczorem, więc w dzień się nudziłem. Na początku miałem lekcje niemieckiego, oprócz tego czytałem, ale potem mówiłem, żeby mi dali jakąś robotę. Był problem, bo nie za bardzo miałem zawód, ale przez jakiś czas studiowałem na AWF-ie. Poprosili mnie o indeks, przepisali co mieli przepisać i zostałem wuefistą. Pracowałem w trzech szkołach, tutaj godzinka, tam godzinka, jeszcze gdzie indziej dwie i sobie w dresie chodziłem. Za godzinę lekcyjną miałem 15 marek. Potęga. W miesiąc zebrało się trzy tysiące. Chyba mnie tam doceniono, skoro mogłem pracować z młodzieżą.

Jak pana wypatrzyli?

- Znowu przypadek! Wyjechałem najpierw do Francji i tam w Dieppe podpisałem wstępny kontrakt. Trener Stecki miał kontakty i mnie polecił do drugiej ligi francuskiej. Uzgodniłem warunki i miałem po miesiącu wrócić, żeby podpisać konkretny papier. Po drodze zatrzymałem się w Dortmundzie na jakąś kawę i spotkałem tam trenera Egona Piechaczka. On uciekł z Polski do Niemiec, trenował Arminię Bielefeld. Rozmawiamy, pyta, co robię w Niemczech, i opowiadam, a on: "Nie wygłupiaj się! Nie idź do Francji, tu zarobisz więcej". On trenował wtedy HSV, zostałem u niego na dwa dni treningów. Do Polski wróciłem tylko odkręcić sprawę transferu. Wszystko dało się załatwić układami.

Długo pan był w Niemczech?

- Sześć lat.

Czyli wrócił pan przed stanem wojennym.

- Dziwili się, że wracam. Mówili, że mam superwarunki, otwarty świat. Ale odpowiadałem, że mi się nie zamknie, jak wrócę do Polski. W kraju miałem serce, a ich będę odwiedzał. I tak się stało, do tej pory mam tam kolegów, przyjeżdżają do mnie. Kiedyś nawet całe władze miasta Hamm przyjeżdżały do Krakowa.

Jak ułożył pan sobie życie po powrocie?

- Rzeczywiście wróciłem w ciężkich czasach. Byłem przekonany, że zostanę trenerem. W Niemczech zbierałem materiały, skończyłem kurs w Kolonii. Najpierw jednak musiałem się zorganizować w kraju i czekać, co się stanie. Kupiłem małe mieszkanie, rozglądałem się za większym, do tego kupiłem domek pod remont na Woli Justowskiej. Dałem sobie półtora roku na ustatkowanie się. Spotykałem się ze znajomymi i zobaczyłem, jak trenerzy w Polsce są pomiatani. Zraziło mnie to. Mam masę kumpli trenerów, więc znam to wszystko od podszewki. To się czasem w głowie nie mieści - niedotrzymywanie umów, brak szacunku. Teraz może trochę to się prostuje.

Ciągle jednak są problemy.

- No tak. Na Zachodzie jest większy szacunek. Pewnie, że gdy trener zawali, to go zwolnią, ale są pewne zwyczaje, formy. Zniechęciłem się po tym, co zobaczyłem, i oddałem materiały Stasiowi Gonetowi. Namawiali mnie w Wiśle, żebym chociaż wziął juniorów, ale nie chciałem się do tego brać. Nie chciałem być poniewierany.

Można być trenerem, jak się jest superszkoleniowcem. Jak ktoś jest choć trochę gorszy, to już nie będzie tak szanowany. Nigdy nie można być pewnym, jakim się będzie.

Żałuje pan, że jednak nie został trenerem?

- Może nie tak bardzo, bo nie lubię tak rozpamiętywać z żalem, ale byłem przekonany, że potrafię dotrzeć do zawodnika. Wyobrażałem sobie, jak siedzę z drużyną i do każdego docieram. Miałem taką wewnętrzną pewność.

Zakładałby pan płaszcz, garnitur?

- Na pewno nie byłbym w kurtce z kożuchem.

A w dresie?

- Może takim eleganckim, wyprasowanym. Czasami trzeba tak się ubrać. Może rzeczywiście uciekło mi coś fajnego. Czasami tak myślę w wolnych chwilach o tym. Ale nie narzekam. Fajnie to się poukładało. Trzeba patrzeć do przodu.



Kto będzie górą w derbach Krakowa?
Więcej o: