Sport.pl

Kiedy "W" nie znaczy "M" [PO WŁAŚCIWYCH STRONACH BŁOŃ]

Słowa nie grają, rezerwowi (nie) napędzają, a wojownicy walczą, choć nie wszędzie można ich spotkać. Oto, czego m.in. dowiedzieliśmy się o Cracovii i Wiśle po pierwszym meczu ligowym w 2015 roku.
Facebook? » | A może Twitter? »


Rękoczyny i zniechęcenie

Jak wiadomo, klient w krawacie jest mniej awanturujący się, czyli zupełnie inny niż ten w krótkich spodenkach. Na Cracovii w niedzielę powiedzenie "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego" nie było pustym sloganem. Wióry leciały, zanim mecz się na dobre zaczął. Adam Marciniak skoczył w obronę Miroslava Covili niemal z pianą na ustach, a do rękoczynów mogło dojść jeszcze co najmniej dwa razy.

Np. cała drużyna gospodarzy ruszyła w stronę ławki rezerwowych Śląska, a poszło o... miejsce, z którego należy wyrzucić aut. Trener wrocławian Tadeusz Pawłowski stwierdził, że nerwy były niepotrzebne. Ale nam się wydaje, że byłoby gorzej, gdyby piłkarze machnęli rękami, odwrócili się na pięcie i nic ich to nie obchodziło.

Za to w Wiśle awanturnik był jeden, za to najwyższej próby. Walczył w słusznej sprawie, z zaciętością, ale niewiele zdziałał, bo na polu bitwy został sam. Arkadiusz Głowacki ostro starł się z Sebastianem Milą, a całe wydarzenie skwitował hasłem: "Nic się nie stało, było sympatycznie". Później ostro zaatakował bez piłki jednego z rywali, za co słusznie dostał żółtą kartkę. I pewnie takie zachowanie należałoby skrytykować, gdyby nie okoliczności.

Zdecydowana większość wiślaków w Gdańsku snuła się po boisku. Nikt nie krzyczał, nie denerwował się, nie słychać było siarczystych przekleństw, a zamiast tego z murawy biło od wiślaków zniechęceniem. Tylko Głowacki próbował poderwać zespół, ale aby miało to sens, potrzeba by jeszcze kilku takich graczy.

Nie(ch) żyje rezerwa

W Wiśle odsiecz miała przyjść z ławki, ale z takimi rezerwowymi krakowianie mogli grać nawet w 14 przeciwko 11, a i tak niewiele by to zmieniło. Emmanuel Sarki i Rafał Boguski nie wnieśli na boisko nic, trochę (ale tylko trochę) lepiej spisał się Mariusz Stępiński. A to właśnie w takim spotkaniu zmiennicy powinni napędzać drużynę, której kompletnie nie idzie.

Zrobił to np. Mateusz Wdowiak z Cracovii. Trener Robert Podoliński już przed spotkaniem przebąkiwał, że być może da szansę 19-letniemu uczniowi trzeciej klasy liceum ogólnokształcącego. I dobrze, że słowa nie zostały tylko słowami. Debiutant podniósł się z ławki i okazał największym zaskoczeniem meczu, co przypieczętował asystą.

Trener na rzecznika!

Jedni lubią nazywać rzeczy po imieniu, inni zaklinają rzeczywistość na wszystkie sposoby. Trener Podoliński bywa dobrym dyplomatą i pewnie sprawdziłby się w roli rzecznika prasowego, choć czasami nie owija w bawełnę.

Tym razem przed startem rundy nie próbował za wszelką cenę uspokajać kibiców, a zaatakował podopiecznych. Tydzień przed meczem był z nich tak niezadowolony, że mówił o "futbolowych jajach" i biciu pięścią w stół. Mocne słowa wstrząsnęły zespołem na tyle, że wystarczyło na zdobycie punktu.

Za to trener Franciszek Smuda imał się już wszystkich sposobów, by jak najlepiej przygotować siebie i piłkarzy. Roztaczał wizje budowy wielkiego zespołu, apelował o transfery, a ostatnio postawił na optymizm.

Zachwalał obecną politykę klubu, cieszył się z efektów okresu przygotowawczego i realizacji taktyki. W piątek Lechia powiedziała jednak "sprawdzam" i okazało się, że zamiast kilku asów Smuda w ręce ma karty różnych figur i kolorów, z którymi nic nie da się ugrać.

TO BYŁA KOLEJKA...

Cytat

- Niech pan po alkoholu do mnie nie przychodzi - Szymon Marciniak do Adama Mandziary. Prezes Lechii Gdańsk w przerwie zarzucił sędziemu, że trzymał stronę Wisły, i mówił wprost: "Pan nas oszukał". Arbiter stwierdził, że jego rozmówca jest w stanie wskazującym, i uciął dyskusję.

Liczba

8156 osób obejrzało pierwszy w tym roku mecz Cracovii. Matematyka jest po jej stronie, bo to o 78,74 proc. więcej niż ostatnie spotkanie w ubiegłym roku (z Jagiellonią Białystok było 4563 widzów).

Absurd - "M", czyli "W"

Piotr Grzelczak o mało nie wywołał konfliktu między zaprzyjaźnionymi kibicami Wisły i Lechii. Po strzeleniu bramki złożył dłonie w kształcie litery "M", co przez niektórych zostało odczytane jako... odwrócone "W", czyli symbol obrażający Wisłę. - Co on pokazał? Jest skończony! Zapamiętajcie tę twarz! - pieklili się w internecie niektórzy. Pomocnik Lechii został jednak wybroniony. - Spokojnie, jego dziewczyna ma na imię Magda, więc z okazji walentynek zadedykował jej bramkę - napisał. Nie wszystkich to jednak przekonało. - To sobie zły moment wybrał na pokazywanie "M".

Ciekawostki o małopolskim sporcie wklejamy na Facebooka Kraków - Sport.pl »

Więcej o: