Marko Jovanović może już nie zagrać, ale i tak miał dużo szczęścia

Serbski obrońca rozstał się z Wisłą Kraków, bo lekarze nie dają mu zgody na grę z powodu choroby. To dla niego niełatwa sytuacja, ale i tak miał więcej szczęścia od innych. - Mógł zasłabnąć na boisku i umrzeć - mówi Mariusz Urban, lekarz klubu z Krakowa.
Facebook? » | A może Twitter? »


Marc Vivien Foe padł na murawę w trakcie meczu. Oddychał ciężko, gałki oczu ułożone miał nienaturalnie, ciało niemal bezwładne. Lekarz ratował go blisko godzinę, ale nie dał rady. Foe zmarł na atak serca, miał niewykrytą wadę. Nie znaleźli jej ani lekarze Manchesteru City, ani reprezentacji Kamerunu.

Miklos Feher dostał żółtą kartkę, schylił się i upadł. Zaraz byli przy nim lekarze. Piłkarze Benfiki, a także rywale płakali. Śmierć zawodnika potwierdzono kilka godzin później. Podobnie jak zgon Antonio Puerty z FC Sevilla, który również zasłabł na boisku. W tych przypadkach nie wytrzymało serce.

W porównaniu z nimi Jovanović miał zdecydowanie więcej szczęścia, bo jego wadę wykryto. - Gdybyśmy tego nie zrobili, to dziś moglibyśmy opłakiwać Marka. Mógł zasłabnąć na boisku i umrzeć - mówił Mariusz Urban, lekarz Wisły.

U Jovanovicia najpierw podejrzewano zapalenie płuc, następnie białaczkę, w końcu stwierdzono wadę serca. Serb się leczył, poddawał kontrolom, ale pozwolenia na grę w piłkę nie dostał do dziś. Wisła w sobotę poinformowała, że wypowiedziała zawodnikowi umowę. Dziś wszystko wskazuje, że Jovanović do sportu już nie wróci.

Nawet twardziel nie da rady

Konrad Gołoś w piłkę musiał przestać grać w wieku 28 lat. Zdrowie nie pozwoliło byłemu zawodnikowi Wisły na kontynuowanie kariery. - Mojej sytuacji nie ma co porównywać z Marko, bo w jego przypadku mówi się nawet o zagrożeniu życia. Ale i ja musiałem pogodzić się z tym, że nie zagram już w piłkę. Pewnego dnia wszystko dokładanie przemyślałem, a dzień później powiedziałem: nie będę już piłkarzem, trzeba zamknąć ten etap życia - opowiada były pomocnik Wisły.

U Gołosia nawarstwiały się kontuzje, poza tym był osłabiony. Myślał, że to grypa, ale nawroty były bardzo częste. W końcu znajomi podpowiedzieli mu, by przebadał się w kierunku boreliozy, choroby wywoływanej ugryzieniem kleszcza. Okazało się, że właśnie to wyniszcza jego organizm. - Po zabiegach w kolanie miałem zdartą chrząstkę, a borelioza jeszcze pogarszała mój stan. Piłka przestała sprawiać mi przyjemność, cały czas bolało. Zdawałem sobie sprawę, że mogę już nie dać rady - opowiada Gołoś.

Jego przypadek jest jednym z wielu w piłce, a podobnym problemom czoła musieli stawić nawet najtwardsi piłkarze. Francuz Lilian Thuram w wielkich klubach zagrał ponad 500 meczów, w reprezentacji blisko 150. W 1998 r. był mistrzem świata, a dwa lata później Europy. W 2006 r. zajął drugie miejsce na mundialu, a kilkanaście miesięcy później było pewne, że na boisko już nigdy nie wybiegnie. Podobnie jak Jovanović - miał problemy z sercem. - To może być ta sama choroba, na jaką cierpiał mój brat. Ryzyko komplikacji było zbyt duże - podkreślał Thuram i ogłosił zakończenie kariery.

Na czas nie zdiagnozowano choroby np. Fabrice'a Muamby. Zawodnik Tottenhamu zasłabł w trakcie meczu. Akcja serca była wstrzymana na kilkadziesiąt minut, ale udało mu się uciec śmierci.

Wielki znak zapytania

Przy Reymonta robili wszystko, by do takiej sytuacji nie dopuścić w przypadku Jovanovicia. - Nie zaryzykuję jego zdrowia, dopóki autorytety absolutne nie zadecydują, że może grać - podkreślał kilka miesięcy temu Jacek Bednarz, ówczesny prezes Wisły.

Jeszcze niedawno Jovanović był pełen nadziei, że wróci do piłki, ale dziś nie wie, co będzie robić w przyszłości. Musi liczyć się z tym, że nigdy profesjonalnie nie zagra w piłkę.

- Też nie spodziewałem się, że będę musiał tak szybko skończyć ze sportem. Dziś jednak cieszę się, że zostałem przy dyscyplinie. Powiedziałem sobie: kończę ten etap i w kolejny wchodzę na maksa. W trzy miesiące zrobiłem licencję menedżerską i tym się zająłem. Marko pewnie ma też na siebie jakiś pomysł i na tym musi się skoncentrować - uważa Gołoś.

ON MA POMÓC WIŚLE. KIM JEST ROBERT GASZYŃSKI?