Sport.pl

Wisła Kraków. Prezes spoza grupy imprezowej

Uwaga! To nie artykuł sponsorowany, choć zbieranie opinii o Robercie Gaszyńskim to jak szykowanie laurki. W poniedziałek nowy prezes objął rządy w Wiśle
Wisła Ekstra! Wywiady, ciekawostki, reportaże - to wszystko wyślemy Ci na pocztę »

Kolega z boiska: - Sumienny i pomocny. Mało grał? Miał mocną konkurencję.

Drugi kolega z boiska: Cichy, spokojny, sympatyczny. Że wielkiej kariery nie zrobił? Stawiał na naukę. Wiedział, że się przyda.

Wykładowca z uczelni: - Na zajęciach zawsze przygotowany, sportem się nie zasłaniał.

Przełożony z pracy: - Waleczny, ambitny, niesamowicie pracowity. Biznesowe triki? Nie stosował.

Grał w czasach, gdy w piłkarskich szatniach alkohol lał się strumieniami, a część trenerów nawet nie próbowała zakazywania palenia papierosów. Do tego powszechne było przegrywanie pensji w karty, a niektórzy piłkarze potrafili zniknąć na kilka dni. Przy tzw. grupach imprezowych Gaszyński był z innej planety.

Torba z kasetami

Wychował się w Białymstoku, był bramkarzem Gwardii. Talent musiał mieć, bo grał w młodzieżowych reprezentacjach Polski. W piłce nie osiągnął tyle, co niektórzy koledzy z kadry U-18, która w 1980 r. zdobyła wicemistrzostwo Europy.

Na Reymonta trafił w 1979 r. - Dołożyłem do tego cegiełkę. Graliśmy w młodzieżówce i trener Lucjan Franczak pytał mnie o Roberta. Wystawiłem mu jak najlepszą opinię. Był dobrym zawodnikiem, spokojnym i lubianym przez kolegów - wspomina Piotr Skrobowski, zawodnik, a następnie prezes Wisły.

Gaszyński w Krakowie chodził swoimi ścieżkami, a najmocniej wydeptał tę do budynku Akademii Górniczo-Hutniczej na Wydziale Zarządzania (skończył także studia podyplomowe na Uniwersytecie Jagiellońskim). Podczas gdy koledzy z drużyny na zgrupowania brali karty, w jego torbie były książki i kasety magnetofonowe, z których podobno uczył się języka angielskiego. Choć od czasu do czasu towarzyskiego zasiadania do stołu też nie odmawiał.

- Gaszyński? Trochę ludzi sportu przez naszą uczelnię się przewinęło, ale jego pamiętam. Większość sportowców studiowała zaocznie. Niektórzy próbowali zasłaniać się meczami czy treningami i musieli wszystko nadrabiać. Gaszyński był inny, rzadki przypadek. Dopóki zdołał godzić naukę ze sportem, to studiował stacjonarnie, co było ewenementem. Do tego nigdy nie grał faul - nie prosił o zwolnienia, nie szukał wymówek. Niektórzy sportowcy oczekiwali innego traktowania, on nigdy - opowiada dr inż. Jan Sas, jeden z wykładowców nowego prezesa Wisły.

Skrobowski: - Robert pochodzi z wykształconej rodziny, w której są prawnicy, lekarze, profesorowie. Do tego wcześnie założył rodzinę, więc musiał o nią dbać. Miał świadomość, że po skończeniu gry w piłkę trzeba mieć pomysł na życie. Podkreślał, że stawia na naukę.

W Wiśle wielkiej kariery nie zrobił. W pierwszych latach występował równie często jak dziś Gerard Bieszczad, bo przegrywał konkurencję z Markiem Holocherem, Stanisławem Gonetem czy Januszem Adamczykiem. Dopiero w 1987 r. został podstawowym bramkarzem, ale był nim tylko dwa sezony. Później zrezygnował z piłki, ale Wisła nie zrezygnowała z niego. Został kierownikiem i menedżerem zespołu. - W szatni niby siedział z boku, ale jak już się odezwał, to wszyscy go słuchali. Miał tubalny głos, więc trudno było go zignorować. Jako bramkarz ustawiał obrońców, a w szatni potrafił wpływać na kolegów. Może nie odzywał się często, ale konkretnie. Wszystko miał zaplanowane. Podczas gdy część z nas żyła chwilą, myśląc "jakoś to będzie", on myślał perspektywicznie - opowiada Leszek Lipka, który grał z obecnym prezesem w Wiśle.

Chwyt z czarnoskórym

Gaszyński zadania nie miał łatwego, bo choć drużyna wróciła do ekstraklasy, to w klubie się nie przelewało. Brakowało pieniędzy nawet na wodę, a na wyjazdy zawodnicy zabierali własne kanapki. Gaszyński został jednak zapamiętany jako człowiek, który sprowadził Noela Sikhosana, pierwszego czarnoskórego zawodnika w Wiśle. Dziś Zambijczyka (inne źródła podają, że pochodził z RPA, Kamerunu lub Zimbabwe) wspomina się głównie ze względu na kolor skóry, a nie umiejętności, bo przy Reymonta zagrał raz. Po latach mówiło się, że był tylko chwytem marketingowym Gaszyńskiego.

Sikhosana po jedynym występie zapadł się pod ziemię, a jakieś dwa lata później to samo stało się z Gaszyńskim. Raz na jakiś czas pojawiał się na zjazdach wiślaków, ale z nikim nie utrzymywał bardzo bliskich kontaktów, nie rozdawał też numeru telefonu. Może dlatego, że był już w innym świecie, z którego wraca dopiero dziś?

Część zawodników Wisły z lat 80. klepie biedę, inni łapią się dziwnych zadań. Są też eksperci i trenerzy, ale Gaszyński - przynajmniej oficjalnie - od piłki się odciął. Wybrał świat wielkich korporacji, zarządów i decyzji wartych miliony. Zarządzał firmami w RPA, Holandii czy na Węgrzech. - Poszedł w kierunku sprawowania ważnych biznesowych funkcji i kierowania ludźmi. Zawsze miał do tego predyspozycje, jak bramkarz, który ustawia obrońców - uśmiecha się Lipka.

Żadne wiatry niestraszne

Z Wisły Gaszyński trafił do firmy Procter&Gamble. Tam pracował z Jackiem Łowigusem, który jeszcze kilka dni temu był jego przełożonym w SC Johnson. - W P&G on był w Krakowie, ja w Poznaniu. Byliśmy odpowiedzialni za dystrybucję. Stanowisko może niezbyt wysokie, ale ważne. Później w Warszawie siedzieliśmy już biurko w biurko. Szybko złapaliśmy wspólny język - wspomina Łowigus, który z Gaszyńskim zna się ponad 20 lat.

Obaj działali w biznesie, zmieniali firmy, a by uciec od interesów, rozmawiali o piłce. W końcu Łowigus został dyrektorem generalnym firmy SC Johnson na centralną Europę i powierzył Gaszyńskiemu zadanie podniesienia na nogi węgierskiej filii. - W tym regionie mieliśmy problemy, więc postawiłem na Roberta. Potrzebował roku, ale dziś wszystko działa tam jak należy. Przede wszystkim nigdy nie wydawał pieniędzy, których nie miał. Jego budżet się bilansował, nigdy nie było z tym problemów. Bo on zawsze buduje dom od fundamentów i trochę czasu musi minąć, zanim pojawi się dach. Ale jak już jest, to można mieć pewność, że konstrukcja nie rozpadnie się przy pierwszym podmuchu. Dlatego nie spodziewajcie się, że Wisłę uzdrowi już pierwszego dnia. Jeśli jednak dostanie czas i zaufanie, to zbuduje klub z solidnymi podstawami - uważa Łowigus.

Gaszyński prezesem Wisły jest od dziś, ale na to stanowisko zdecydował się już kilka miesięcy wcześniej. W poprzedniej firmie podobno wziął urlop, pojechał na wakacje i... czytał raporty finansowe klubu.

PIOTR I PAWEŁ BROŻKOWIE - PIŁKARZE SPRZED OŁTARZA


Czy nowy prezes Wisły Kraków wyprowadzi klub na prostą?
Więcej o: