Wisła i Lech na przeciwnych biegunach. A kiedyś było zupełnie inaczej...

Losy obu klubów przypominają sinusoidę. Gdy jedni są na szczycie, drudzy zmagają się z problemami. W niedzielę w Poznaniu to Wisła będzie w roli nie do pozazdroszczenia.
W 2004 roku kluby podzieliły się najważniejszymi łupami polskiej piłki: mistrzostwem (Wisła) i Pucharem Polski (Lech). Te sukcesy miały jednak różny smak. Dla poznaniaków było to światełko w tunelu problemów, dla Wisły kolejny obowiązkowy triumf w lidze.

W styczniu 2004 r. na Reymonta przyszli: Tomasz Kłos, Mariusz Kukiełka, Nikola Mijailović i Radosław Majdan. Do tego z wypożyczenia wrócił Kalu Uche, a w lecie dołączyli: Marek Zieńczuk, Tomasz Dawidowski i Marcin Kuźba. "Powstał dream team" - pisały media.

Do Krakowa mieli też trafić piłkarze z Poznania: Łukasz Madej, ale przede wszystkim Piotr Reiss. Napastnik zameldował się nawet w Krakowie, miał gotowy kontrakt i przeszedł testy medyczne. - To jest historia, w której każdy ma inną wersję. Piotrek mówi, że do Krakowa pojechał, by grzecznie podziękować za zainteresowanie. Jednak był tam za namową Maćka Żurawskiego i nie ukrywajmy - wysokiego kontraktu - wspomina Radosław Majchrzak, ówczesny prezes poznaniaków.

Reiss w końcu nie trafił do Wisły, bo jego kontrakt w Lechu opłacił Sebastian Kulczyk, właściciel jednej z poznańskich firm. Takie wsparcie było wówczas Lechowi bardzo potrzebne. - Mieliśmy opóźnienia w wypłacaniu kontraktów. Trzeba było uważać, by nie sięgały trzech miesięcy, bo wtedy piłkarze mogliby nas podać do sądu - przyznaje Majchrzak.

Ariel Jakubowski, ówczesny piłkarz Lecha: - Były zaległości, ale jakoś sobie radziliśmy. Przyjaciół poznaje się w biedzie. Łatwo było kogoś przejrzeć, w takiej sytuacji wszyscy się konsolidują.

Wisła była wtedy na przeciwnym biegunie finansowym, daleko przed całą konkurencją. Dlatego mecz z nią wszyscy traktowali bardzo prestiżowo. - Były drużyny, które bały się grać w Krakowie - przyznaje Majchrzak.

Dziś Lech z Wisłą zamieniły się rolami. Trochę przypomina to 1990 r., gdy poznaniacy kupili z Wisły Kazimierza Moskala i dzięki temu krakowianie mogli spokojniej funkcjonować.

Dziś Lech walczy o mistrzostwo i jest finansowym prymusem. Według raportu E&Y poprzedni rok rozliczeniowy zamknął z 65 mln zł przychodu (wzrost o 23,2 proc.), a Wisła z 30 mln zł (spadek o 5,3 proc.). Do tego krakowianie z opóźnieniem dostają pensje, a niektórzy podają klub do sądu (Cezary Wilk, Cwetan Genkow, Milan Jovanić).

Z kolei Lech zyskał na fuzji z Amiką. - Najpierw spłaciliśmy zobowiązania, a później zaczęliśmy budowę zespołu w oparciu o poznański trzon. Resztę piłkarzy trzeba było wyszukać lub wyszkolić. Kibice zaczęli chodzić z ciekawości, a potem zostali i napędzali budżet. To ułatwiło odniesienie sukcesu - mówi Majchrzak.

Poza tym E&Y zaznacza, że poznaniacy po mistrzowsku dokonują wzmocnień. "Nie ma wątpliwości, że sięgnięcie po mieszankę krajowo-zagraniczną pokazało transferowego nosa działaczy Lecha" - napisano w raporcie.

Poznaniacy przez pięć ostatnich lat wydali na transfery ok. 5,7 mln euro (raport Grant Thornton), ale ze sprzedaży zawodników otrzymali ok. 16,7 mln euro. Pod tym względem Wisła ma zbliżony bilans (4 mln euro wydane i 11,6 zarobione). W tym samym czasie w ekstraklasie Lech zdobył od krakowian 32 punkty więcej, ale to krakowianie dwa razy świętowali mistrzostwo, a drużyny z Wielkopolski - raz.

Ten sezon lepiej zaczął Lech. Zdobył cztery punkty, a Wisła dwa. W niedzielę w Poznaniu (godz. 18) bezpośrednie starcie obu zespołów.

Więcej o: