Sport.pl

Wiślak Osman Chavez - mecenas rodzinnej wioski [REPORTAŻ Z HONDURASU]

Dzieciom kupuje buty i piłkarskie stroje, szkole zafundował perkusje, kościołom gitary. W rodzinnej wiosce wszyscy są wdzięczni piłkarzowi Wisły. Najbardziej za to, że nie zmieniły go pieniądze
- Nigdy nie był liderem. To było dziecko, które wolało być w cieniu. Nikt z nas nie spodziewał się, że zostanie piłkarzem, choć grał na każdej przerwie. Ale że jest też pastorem? To już na pewno dar od Boga - uśmiecha się Mildred Fernández, nauczycielka wiślaka ze szkoły podstawowej.



Na widok białych gości dzieci wybiegają z klas i rzucają się na piaszczyste boisko z drewnianymi bramkami. Żaden z nich jednak nie chce grać jak Chavez. Sami napastnicy. Dla czarnoskórych chłopców z ludu Garifuna, potomków niewolników afrykańskich wysłanych na Karaiby, idolami są Samuel Eto'o i Didier Drogba.

- Ale ja bym mógł zagrać chociażby w Wiśle - rzuca jeden z małych graczy. Jak większość tutaj słyszał o Polsce, ale nie wie, gdzie leży ten dziwny kraj.

Cruz Chavez, matka Osmana: - Od początku chciał być piłkarzem. Jeszcze dobrze nie chodził, a pałętał się z piłką po kuchni i wołał "gol". To było jedno z jego pierwszych słów.

Ale pani Cruz nie lubi piłki. Oglądała syna w kilku meczach CD Platense i reprezentacji, ale zawsze się denerwowała, że stanie mu się krzywda. Dziś woli oszczędzać nerwy.

Autobus

Guadelupe, malutka rybacka osada w Hondurasie nad Morzem Karaibskim. Najpierw 10 godzin jazdy ze stołecznego Tegucigalpa do Trujillo. Nie ma tam zasięgu telefonicznego, bo władze lokalnego aresztu walczą z więźniami, którzy zza krat zdalnie próbują prowadzić interesy. Potem 40 minut rozklekotanym autobusem przez gęsty zielony las aż nad samą plażę.

Do wioski dojeżdża Trans Chavez. Piłkarz Wisły wraz z mamą i dwoma braćmi rozkręcili transportowy biznes. Mają trzy autobusy: jeden z nich kursuje codziennie - za kierownicą siada Julian, starszy o pięć lat od Osmana. Z głośników lecą wtedy protestanckie pieśni religijne. - Boże, nie ma nikogo takiego jak ty - podśpiewuje pod nosem.

Jeszcze kilkanaście lat temu z Guadelupe do Trujillo można było się dostać tylko łodzią. - Codziennie rano wstawaliśmy o czwartej rano i wypływaliśmy na połów ryb. Osman był za mały. On miał inne obowiązki - uśmiecha się Santos.

<b><div style="font-size: 14px;"> Masz już swój skład? <a href="http://wygrajlige.sport.pl/league/league/?id=1007"> Dołącz do Wygraj Ligę i walcz z innymi w lidze kraków.sport.pl »</a></div></b>

To najstarszy z trójki braci Chavezów. I na takiego wygląda. Wysoki i barczysty, jeśli bił małego Osmana, musiało boleć. Przez pół roku pracuje jako kelner na statkach turystycznych, potem dwa miesiące odpoczywa. Zna język angielski, zwiedził całe Karaiby i pół świata, chwali się, że był nawet w Sankt Petersburgu.

Julian został z matką. Ma za sobą tragiczne doświadczenia, zmarły jego dwie córki. Razem z żoną spodziewają się jednak kolejnego dziecka.

Bieda

Położona za wzgórzami, przyklejona do plaży rodzinna miejscowość Chaveza składa się z kilkudziesięciu domostw. Dużo z nich jest opuszczonych, bo ludzie szukają szansy na lepsze życie za granicą. Większość z nich emigruje nielegalnie do Stanów Zjednoczonych. W wioskach Garifuna bieda rzuca się w oczy. Choć pewnie nie tak bardzo jak 20 lat temu, kiedy nie było tu murowanych domów, a wszystkie dzieci do szkoły chodziły boso.

Życie toczy się powoli, odliczane powrotami kolejnych autobusów Trans Chavez z Trujillo. Kobiety wieszają pranie na sznurkach między palmami, starszy pan idzie w pole z maczetą, małe dzieci bawią się w piasku. Te starsze już o godzinie 7 rano maszerują w biało-granatowych mundurkach do szkoły.

Ale nikt nie narzeka. - Ludzie z całego świata chcieliby mieszkać w takim miejscu - uważa Santos.

Trójka braci wychowała się w glinianej chatce z dachem z liści palmowych. Dziś takie domy to relikty przeszłości. Często brakowało pieniędzy. Żyli tym, co dało morze i niewielkie poletko pod górą.

- W Guadelupe wszyscy byli biedni, więc nikogo to nie raziło. Co więcej, jak ktoś szedł grać w piłkę w butach, to ludzie się z niego śmiali. Nie mieliśmy dużo, prowadziliśmy proste życie, ale byliśmy szczęśliwi - uśmiecha się Santos.

W wieku 15 lat wyjechał do San Pedro Sula w poszukiwaniu pracy. Po kilku latach ściągnął obu braci. Podobno płakali, gdy wyjeżdżali z Guadelupe. Tak zżyci byli z wioską. I z matką.

Rodzina

Pani Cruz Chavez to najważniejsza postać w rodzinie. Piłkarz i dwaj jego bracia mówią o niej z szacunkiem "mamusia". Regularnie odbiera telefony z Polski. Poorana zmarszczkami, ciągle uśmiechnięta starsza pani jest twardą kobietą.

Przez lata musiała zaciskać pasa i sama utrzymywać dzieci. Twierdzi, że Bóg wynagrodził ją synami i może być zadowoloną z życia emerytką.

Bracia Chavez wychowali się bez ojca. Ten jest typowym marynarzem, w każdym porcie miał dziewczynę. Dziś mieszka w Stanach Zjednoczonych. Osman poznał go, dopiero gdy miał 14 lat.

- Jako jedyny z synów nie dostał po nim nazwiska. Jego ojciec bardzo mnie wtedy zdenerwował. Uznałam, że tak będzie lepiej. Dawaliśmy sobie radę: sprzedawałam owoce i obiady na targu, a synowie mi pomagali. Osman wstawał wcześnie i chodził zbierać mango. A potem maszerował do szkoły. Był bardzo pracowity, nigdy nie było z nim problemów - opowiada matka.

Jest katoliczką, Osman jest ewangelickim pastorem. Kilka razy słuchała kazań syna. Nie zmieniła jednak wiary. Bo "Bóg dla wszystkich jest taki sam". I cieszy się, że wszyscy synowie zmienili wyznanie, bo ewangelicy są bardziej wstrzemięźliwi w piciu i paleniu.

Mecenas

Dziś do rodziny Chavezów należy jeden z najokazalszych domów w okolicy. Średniej wielkości, położony tuż obok szkoły, z trochę kiczowatymi kolumnami stylizowanymi na greckie.

Przed chatą od zawsze rośnie dzika kolendra. - Ludzie przychodzą, zrywają i doprawiają mięso - mówi starszy brat.

W salonie plakat Wisły z sezonu 2012/2013, zdjęcie ślubne Osmana i fotografia z czasów gry w juniorach Platense. To był pierwszy profesjonalny klub wiślaka.

Kolendra to niejedyna rzecz, którą sąsiedzi zawdzięczają Chavezowi. Od lat wspiera lokalny kościół, do szkoły kupił perkusję, dla lokalnej drużyny stroje. Pomaga też najbiedniejszym mieszkańcom.

- Za jego czasów wszyscy chodzili boso. Dziś jeśli w szkole pojawi się jakieś dziecko bez butów, może liczyć na jego pomoc. Nigdy nie odmówił - opowiada nauczycielka.

Matka z dumą nosi pierścionek od syna. - Przesłał mi pieniądze, a ja sobie go zamówiłam - uśmiecha się starsza pani, gdy przygotowuje tradycyjne śniadanie: smażone placki i jajka z gotowaną fasolą.

Mundial

Podczas mistrzostw świata w RPA mieszkańcy Guadelupe zebrali się, by oglądać sąsiada w akcji. W wiosce cenią go nie tylko za pomoc, lecz także za to, że nie zmieniły go pieniądze. - Z każdym się wita, kto chce, przychodzi sobie robić z nim zdjęcia - mówi nie bez dumy mama piłkarza.

Po sąsiedzku stoi dom piłkarza ligi honduraskiej. - Gdy stał się bogaty, zaczął chodzić z głową w chmurach. Dawniej byliśmy kumplami, teraz nie mówi nawet cześć. Podobnie było z Rommelem Quioto. Gdy podpisał wyższy kontrakt i wrócił do rodzinnej wioski, przyszedł do knajpy i zaczął rzucać pieniędzmi do nieba. Na szczęście Osmanowi nie odbiło - opowiada Santos.

Zaraz potem pyta, czy sytuacja finansowa w Wiśle jest naprawdę tak zła.

Pani Cruz: - Dużo ludzi ceni pomoc syna, ale niektórzy próbują go wykorzystać. On chciałby pomagać każdemu. Taki już jest mój syn.

Wie, że wkrótce jednemu z najlepiej zarabiających piłkarzy Wisły wygasa kontrakt. Jest pewna, że będzie grał w Chinach lub amerykańskiej MLS. Ale potem wróci do Guadelupe. - Jeśli tylko jest w Hondurasie więcej niż jeden dzień, zawsze przyjeżdża - zapewnia.

Więcej o: