Jacek Bednarz jako prezes Wisły nie wszystkim się podoba. "Ale może zostać na dłużej"

Wisła straciła jedną z osób łączącą ją z Telefoniką, ale w klubie cieszą się, że nie doszło do rewolucji. Teraz więcej do powiedzenia będzie miał Jacek Bednarz, co nie wszystkim się podoba.
Bednarz w Wiśle idzie w górę. Zaczynał jako dyrektor sportowy, później był wiceprezesem, a teraz jest już pełniącym obowiązki prezesa. - Na tym stanowisku może zostać na dłużej - mówi jedna z osób związanych z klubem.

Bednarz zastąpił Ryszarda Pilcha, który w środę złożył rezygnację. Były prezes na nadmiar czasu nie narzekał: nie dość, że przewodził Wiśle, to jeszcze musiał dbać o Telefonikę. W tej firmie pracuje od lat i jest zaufanym człowiekiem Bogusława Cupiała. Dziś pełni funkcję wiceprezesa zarządu ds. sprzedaży, i na tym głównie się koncentrował. Wisła była na drugim planie i zdarzało się, że Pilch przy Reymonta nie zjawiał się tygodniami. Mimo to ze sprawami klubu był na bieżąco.

Wcześniej radził sobie również jako przewodniczący rady nadzorczej, bo w odróżnieniu od kilku poprzedników szybko przekazywał decyzje dotyczące transferów (w tej sprawie RN ma ostateczne zdanie). Nigdy nie kreował jednak polityki klubu.

Co innego Bednarz, bez którego nie zapada żadna decyzja dotycząca spraw sportowych. Jego nominacja na p.o. prezesa w klubie została przyjęta raczej z ulgą, bo oznacza, że nie dojdzie do kolejnej rewolucji. A tak mogłoby się stać, gdyby stanowisko objął ktoś z zewnątrz.

Tymczasem Bednarz od blisko roku jest w Wiśle odpowiedzialny za sprawy sportowe i ma zarys planu na najbliższe miesiące. - Najpierw musimy zbudować solidne ekonomiczne podstawy funkcjonowania klubu, i pewnie nie będzie to trwało krócej niż rok. Później wszystko będzie kwestią cierpliwości i dobrego pomysłu na sprawy sportowe - mówił "Gazecie" w grudniu.

Jego awans nie podoba się jednak części kibiców. Przez nich od zawsze uważany był za legionistę (warszawski klub reprezentował przez sześć lat), a do tego kojarzy się głównie z pozbywaniem zawodników. Takie zadanie dostał od Cupiała i ciągle je wykonuje. Zdecydowanie gorzej nowemu prezesowi idzie ze wzmacnianiem zespołu (sam przyznał, że letnie transfery nauczyły go pokory) i dlatego coraz głośniej mówiono, że stanowisko utrzyma tylko do czasu wyczyszczenia szatni.

Wiele jednak wskazuje, że w Wiśle zostanie na dłużej. - "P.o." przy słowie "prezes" niewiele oznacza, bo w taki sposób może funkcjonować miesiącami. Do ewentualnych zmian najprawdopodobniej dojdzie dopiero po rundzie wiosennej - uważa osoba związana z Wisłą.