Wisła Kraków. Jacek Bednarz: W pierwszej kolejności sprzedać, później kupować

- Część zawodników dostaje pieniądze regularnie, ale prawdą jest, że część czeka na swoje pobory. Nie było jednak miesiąca, żebyśmy nie płacili nic - podkreśla Jacek Bednarz, wiceprezes Wisły Kraków.
Piotr Jawor: Czy Wisła będzie jeszcze tak wielkim klubem jak przez ostatnie 15 lat?

Jacek Bednarz: Mam nadzieję, ale na pewno nie od 1 stycznia 2013 r. Najpierw musimy zbudować solidne ekonomiczne podstawy funkcjonowania klubu i pewnie nie będzie to trwało krócej niż rok. Później wszystko będzie kwestią cierpliwości i dobrego pomysłu na sprawy sportowe.

Rok? To znaczy, że piłkarska jesień 2013 r. może być tak słaba jak obecna?

- Teoretycznie to możliwe, ale praktyka może być inna i robimy wszystko, by było lepiej.

W marcu przyszedł pan do Wisły i zorganizował konferencję, podczas której opowiadał, jak źle jest z Wisłą. Można było mieć wrażenie, że szuka pan alibi, na wypadek gdyby misja się nie powiodła.

- Władze klubu postanowiły przekazać za moim pośrednictwem opinii publicznej rzeczywistą informację dotyczącą trudnej sytuacji ekonomicznej klubu. Nikt nie szuka alibi, a ostatnie dziewięć miesięcy pokazało dokładnie to, o czym mówiłem w marcu. Że to będzie trudny okres, że będą problemy i że przyjdą ciężkie czasy. I przyszły.

Pana poprzednicy mają pretensje, że publicznie opowiadał pan o problemach Wisły i zrzucał na nich winę.

- Powiedzieliśmy prawdę. Gdyby opinia publiczna nie dowiedziała się o tym, to nie zrozumiałaby, co się teraz dzieje w Wiśle.

Mówi się, że zadłużenie Wisły to kilka, a nawet kilkanaście milionów złotych.

- Zadłużenie było potężne. Już je w dużej części zredukowaliśmy, ale stałe wcześniejsze zobowiązania trzymają nas na mieliźnie jak kotwica. Nasze główne koszty to drużyna i stadion. Problemem są także nieproporcjonalnie małe przychody. To powody, dlaczego nasza przeszłość jest wciąż obecna w teraźniejszości.

Ale według raportu Deloitte za 2011 r., Wisła na płace zawodników przeznaczyła tylko 59 proc. swojego budżetu, a zalecany poziom to 60 proc. W całej ekstraklasie mniej wydało tylko Zagłębie Lubin.

- Raport pokazuje wycinek czasu, w którym kumulują się bardzo duże przychody, kompensujące w dobrych proporcjach wydatki. W roku 2012 sytuacja była diametralnie inna. Nie tylko w tym biznesie, ale w każdym wydawanie nie więcej niż się zarabia jest gwarantem bezpiecznego funkcjonowania.

Ale niemal wszystkie polskie kluby są zadłużone, więc czemu tak mocno odbija się to akurat na Wiśle?

- Wisły nie zabija dług wobec właściciela, bo niekoniecznie może chcieć zwrotu tych pieniędzy. Problem zaczyna się, gdy klub traci płynność m.in. przez przeinwestowanie. Dług rośnie i doprowadza do sytuacji, że nie jest się w stanie na bieżąco płacić za nic.

Do każdego klubu właściciele dokładają i tak jest na całym świecie. Czy Bogusław Cupiał w trudnych czasach to robi?

- Cały czas. Jest naszym najlepszym kibicem. Potrzebujemy jego wsparcia i cały czas je mamy, zarówno w aspekcie mentalnym jak i ekonomicznym. Za to należy mu się pomnik. Bezapelacyjnie.

O ile za dużo drużyna łącznie zarabia?

- Zespół jest na 12. miejscu, gra nierówno, traci punkty w koszmarny sposób. Dziś w składzie jest kilku graczy, którzy zdobyli mistrzostwo w 2011 r., ale w tym momencie nie prezentują się na boisku na miarę naszych oczekiwań i pokładanych w nich nadziei oraz zainwestowanych w nich pieniędzy. Gdyby dziś grali bardzo dobrze w lidze i europejskich pucharach, to klub zarobiłby na pokrycie wydatków z nimi związanych.

Co się dzieje z tymi piłkarzami? Przecież półtora roku temu zdobyli tytuł i awansowali do Ligi Europy.

- Pracuje z nimi już czwarty trener i każdy ma kłopot, by zrobić z nich drużynę przypominającą tę, która zdobyła mistrzostwo. Za obecnego trenera był moment optymizmu i niezłej gry, ale w ostatnich dwóch meczach rundy stare duchy wróciły. Nie widzę niestety, byśmy trwale przełamali kryzys.

Może ci zawodnicy już nie zamierzają za Wisłę umierać?

- Ostatnią rzeczą, jaką chciałbym robić, jest wdawania się w takie dywagacje. Jestem zainteresowany, by wszyscy grali jak najlepiej. Oceniam ich bardzo krytycznie, mam wiele zastrzeżeń, ale dalej to są piłkarze Wisły, czyli nasz majątek. A jestem tu po to, by tego majątku bronić i ich wspierać.

Może pan zapewnić, że Kulawik poprowadzi Wisłę wiosną?

- Wczytujemy się w raport trenera. Po świętach zrobimy spotkanie zarządu i - mam nadzieję - że również właściciela. Wówczas będziemy podejmowali decyzje dotyczące trenera.

Tomasz Kulawik nie może więc spać spokojnie.

- W klubie piłkarskim nikt nie śpi spokojnie. Taka robota. Nie da się jej wykonywać bez emocji. Dopóki będziemy pracowali w sporcie, nie będziemy spali spokojnie. Jeśli sytuacja się zmieni, sprzedamy paru graczy, kilku kupimy, odzyskamy płynność i zdobędziemy mistrzostwo, to i tak nie będę spał spokojnie. To coś zupełnie naturalnego. Każdy trener otrzymywał kredyt zaufania. Podobnie jest w przypadku Tomka. Mimo rozczarowań nie straciliśmy cierpliwości do końca rundy. Nie robimy niczego gwałtownie, ale po takiej rundzie jednak każdy trener musiałby zastanawiać się, jaki będzie jego los.

Jak pan ocenia swoje transfery w letnim oknie?

- To mały lufcik na poddaszu, do którego niechętnie się przyznaję.

Nie jest pan zadowolony?

- Jestem bardzo rozczarowany. Na razie nic pozytywnego z niego nie wyniknęło. Ponad 20 lat jestem w sporcie, ale jest to dla mnie lekcja pokory.

Z czego wynikały tak słabe transfery?

- Założyłem, że zrobimy dwa transfery: Arka Głowackiego i Romella Quioto, który miał być próbą znalezienia jakości za niewielką cenę, ale na razie rozczarowuje. Przy okazji okazało się, że możemy pozyskać Daniela Sikorskiego, w którego wciąż wierzę, choć na razie nie robi u nas kariery. Jeśli chodzi o Jana Frederiksena, to póki co jest dużym rozczarowaniem. Wygląda na to, że podczas testów zobaczyliśmy chyba szczyt jego możliwości, a nie zalążek.

Jak dziś wygląda skauting Wisły?

- Składa się z trzech osób: Zdzisława Kapki, Macieja Żurawskiego i Marcina Kuźby. Jeśli mamy pewność skautów, że kandydat jest godny uwagi, to ogląda go trener i ja.

Trzech skautów to nie za mało?

- Wystarczająco, bo ostatnio raczej staraliśmy się odchudzić kadrę. Gdyby się udało, to mamy już następców. Problem nie jest w ich umiejętnościach, tylko w przekonaniu, by przyszli do Wisły.

Szaleństw transferowych zimą nie ma co się jednak spodziewać.

- Nie. W pierwszej kolejności chcemy sprzedać, a później kupować.

Będziecie działać według zasady: jak nie sprzedamy, to nie kupimy?

- To prawie pewne. Musimy mieć pieniądze na transfery. W pierwszej kolejności musimy odzyskać płynność, ustabilizować się finansowo i zbudować perspektywiczną drużynę na kilka sezonów, a nie taką, która będzie miała wahania od Ligi Europy do 12. miejsca w ekstraklasie. Nie chcę się usprawiedliwiać czy zwalać winy na kogoś innego. Wiedziałem, że będzie bardzo ciężko i tak jest. Ale walczymy i nie poddajemy się. Uda się to zrobić szybciej lub wolniej.

Oferty dla waszych piłkarzy się pojawiają?

- Na razie jest kilka telefonów, ale to nic konkretnego.

Czemu pan jest takim zwolennikiem testów piłkarzy?

- Nie jestem, bo to nie jest dobra forma naboru piłkarzy, ale wielokrotnie się przekonałem, że nie wymyślono lepszej. Jedziemy, oglądamy zawodnika i bierzemy go do siebie, a potem okazuje się, że nie może u nas funkcjonować. Wtedy testy pomagają w rozwianiu wątpliwości. Często ktoś nie pasuje z różnych względów, których nie da się inaczej sprawdzić.

Ale szanujący się piłkarze nie jeżdżą na testy, to domena słabych graczy. Pan za pierwszej kadencji przetestował pewnie z 50 graczy, a nadawał się tylko Junior Diaz.

- Często trener prosi o testy i nie robię wtedy problemów. Słyszę czasem od ludzi: "nie przetestowaliśmy gościa i teraz bardzo żałuję". Jeśli trafimy choć jednego, to warto testować, bo to nas nic nie kosztuje. W naszej sytuacji finansowej, taki złoty strzał byłby bardzo ważny. Dziś na rynku jest mnóstwo graczy, którzy nie mają klubów.

Ale taki gracz na testy nie przyjedzie.

- Prawdopodobnie tak, ale czasy i piłkarze się zmieniają.

Cały czas zalegacie piłkarzom z wypłatami. Ile?

- Część zawodników dostaje pieniądze regularnie, ale prawdą jest, że część czeka na swoje pobory. Nie było jednak miesiąca, żebyśmy nie płacili nic.

Któryś z zawodników zgodził się na renegocjację umowy?

- Jeden. W lecie rozmawiałem z agentami piłkarzy i teraz może być tak samo.

Kogo zimą powinna sprowadzić Wisła?
Więcej o: