Syn Clebera: Tata upadł i miał spojrzenie jak piłkarz, który kiedyś zmarł na jego oczach

- To było przerażające. Mama zaczęła krzyczeć, a ja nie wiedziałem, co robić. Wyłączyłem telewizor i zacząłem dzwonić. Od tamtej pory nie skaczę do pojedynków główkowych. Muszę nad tym pracować, ale bardzo się boję. Nie chcę sobie przypominać tego momentu, ale gdy piłka jest w powietrzu, obraz z Poznania wraca - opowiada 16-letni Lucas Guedes, piłkarz Wisły Kraków, który w poniedziałek pierwszy raz pojechał na zgrupowanie z pierwszą drużyną.
Piotr Jawor: W Polsce jesteś od sześciu lat, a jeszcze nie masz obywatelstwa.

Lucas Guedes: Trochę to trwa. Gram dla Wisły, zaczynam trenować z pierwszą drużyną... Mam nadzieję, że paszport w tym roku uda się załatwić. Z powodu jego braku nie mogłem np. grać w mistrzostwach Polski juniorów, bo nie miałem obywatelstwa Unii Europejskiej.

Niedawno interesował się Tobą PSV Eindhoven.

- Tata jest z nimi w kontakcie, ale w tym roku na pewno się tam nie przeniosę. Ale szczegółów nie znam, bo o takich rzeczach ojciec mówi: "niespodzianka" (śmiech). I dodaje, że mam ciężko trenować, bo zawsze ktoś ogląda.

Łatwiej jest być piłkarzem, gdy ojciec nad wszystkim czuwa?

- Razem z menedżerem powtarzają: "Lukas, wszystko ci załatwimy, tylko skup się na graniu. Jak będziesz dobry, to nie będzie problemów". Dlatego staram się na 110 proc.

Cieszysz się, że w tak młodym wielu trenujesz już z pierwszym zespołem?

- Tak, choć ciężko pracujemy. Jak mieliśmy testy, to wróciłem do domu i poszedłem spać. Wstałem po południu, coś zjadłem i znowu do spania. Tato mówi, że musi być ciężko, ale z czasem poczuję, że było warto. Na szczęście jest koniec szkoły, bo inaczej nie wiem, jakbym to wszystko pogodził.

Tata pewnie mówi: "najpierw nauka, później piłka"?

- Zawsze. Nawet jak mam ważne turnieje i oceny do poprawienia, to bez nadrobienia braków nie puszcza mnie na mecz. I to jest ostateczna decyzja. Mogę prosić cały rok, ale to nie pomaga. Kiedyś dostałem uwagę i kiepską ocenę z przyrody. Komunikat był prosty: "nie poprawisz, nie pojedziesz".

Dobrze się uczysz?

- Naukowcem nie jestem, ale radzę sobie. Balansuję między trójkami a czwórkami. Na szczęście znajomi pomagają, a jak mam trening, to mogę się zwolnić i liczyć na dodatkowe lekcje.

Nie żałujesz, że młodość ucieka ci między palcami?

- Często dzwonią koledzy i mówią: "Lukas, idziesz z nami?", ale muszę odmówić, bo np. rano mam trening. Czasem żałuję, że nie mogę gdzieś z nimi wyskoczyć, ale tata zawsze uczył: "jak masz cel, to do niego dąż". A ja chcę być piłkarzem, więc czas na wakacje i wyjścia z kolegami jeszcze przyjdzie.

A mama nie martwi się z powodu twojego intensywnego życia?

- Zawsze. Gdy mamy np. tydzień wolnego od treningów, tata od razu zapowiada: "jutro o 8 idziemy biegać". Na to mama: "Daj mu spokój. Zmęczony jest, nic nie je". Wiadomo, to jest matka, ale staram się ją uspokajać (śmiech ).

Czasem kopiecie z ojcem piłkę?

- Jak grał, to było ciężko. Teraz jednak nadrabiamy czas z jego pobytu w Rosji, gdy w domu był góra dwa razy w miesiącu. Jak zagram połówkę meczu, to na drugi dzień ciągnie mnie na jogging. A jak zaliczę całe spotkanie, to zabiera na regenerację lub ćwiczenia koordynacyjne. Czasem mówię: "Teraz mi się nie chce. Może później?". Wtedy odpowiada: "Nie chcesz? Nie ma problemu". Wówczas wiem, że się denerwuje i od razu się zbieram.

Rywalizujecie ze sobą?

- Czasem dołącza się mój brat i np. strzelamy karne. Kto nie trafia, wraca do domu na nogach. Tylko że tata nie umie przegrywać i zawsze jedzie autem (śmiech ).

Też masz taki charakter?

- Dariusz Marzec, trener juniorów Wisły, mówił, że starsi koledzy powinni brać ze mnie przykład. Naprawdę nie potrafię przegrywać. Chcę być najlepszy. Wiadomo, pochodzę z Brazylii i jestem synem piłkarza, więc to trochę na mnie ciąży. Ale lubię tę presję. Dodaje siły, by się pokazać na boisku.

Dyskutujecie w rodzinie o piłce?

- Tak, choć czasem próbujemy odpocząć. Ale podczas Euro się nie dało. Oglądamy wszystko, tata nagrywa mecze i później pokazuje mi, jak np. zawodnicy się przesuwają, i mówi, bym próbował tak samo.

Jak mama to znosi?

- Powiedziała, że skoro nie ma córki, to kupi sobie psa, by chociaż z nim się pobawić. Czasem ma dość i mówi: "jeden skończył z piłką, to drugi do domu z korkami przychodzi".

Pamiętasz mecz Wisły z Lechem, w którym ojciec nabawił się kontuzji i musiał skończyć karierę?

- To było przerażające. Jak widziałem karetkę, przypomniałem sobie, jak na boisku zmarł Miklosz Feher. Jego Benfika Lizbona grała z Victorią Guimaraes mojego taty. Ojciec pierwszy do niego podbiegł, a Miklosz miał tak dziwny wzrok... Upadł na ziemię i patrzył identycznie jak tata w meczu z Lechem. Gdy to widziałem, poczułem okropny ból w brzuchu. Niby ojciec zawsze powtarzał, że jak upada na boisko, to chwilę leży po to, by odpocząć, ale wówczas wzrok miał podobny do Fehera. Gdy podbiegł do taty Ivan Djurdjević i od razu zaczął wołać karetkę, to nie miałem pojęcia, co robić. Mama zaczęła krzyczeć, więc widziałem, że trzeba ją uspokoić. Wyłączyłem telewizor i zacząłem dzwonić. Nikt z Wisły nie odbierał, ale w końcu odezwali się i powiedzieli, że wszystko jest w porządku. Pojechaliśmy do Poznania, ale w połowie drogi zadzwonił tata i oznajmił: "Macie nie przyjeżdżać. Wszystko jest w porządku". To było najdłuższe pięć minut i najgorszy moment w moim życiu.

Po tym zdarzeniu mama nie mówiła, byś dał sobie spokój z piłką?

- Mówiła... Zawsze ostro walczyłem głową, ale od tamtego momentu ani razu nie wyskoczyłem do pojedynku powietrznego. Zero, ani razu! Muszę nad tym pracować, ale bardzo się boję. Nie chcę sobie przypominać tego momentu, ale gdy piłka jest w powietrzu, to obraz z Poznania wraca.

Jak chcesz zostać kompletnym piłkarzem, musisz się przełamać.

- Wiem. Liczę, że z czasem przejdzie...