Sport.pl

16-letni syn Clebera: Nie lubię gdy porównują mnie do taty, ale zdążyłem się przyzwyczaić

We wtorek Lucas Guedes zagrał w Wiśle Kraków w sparingu z Unią Tarnów. Młody piłkarz uchodzi za duży talent. Pod koniec ubiegłem roku był na testach w PSV Eindhoven. Do Holandii udał się razem z ojcem, który jest byłym zawodnikiem krakowskiego klubu. - Kiedy zaprezentuję się dobrze, to poklepują mnie po ramieniu. Jeśli coś mi nie wyjdzie, to słyszę, ile mi do niego brakuje - opowiada zawodnik.
Jak zareagowałeś, gdy dowiedziałeś się, że będziesz trenował z pierwszą drużyną?

- W piątek po zajęciach juniorów trener Dariusz Marzec powiedział mi, że ma dla mnie niespodziankę. Ćwiczyłem tydzień po wyleczeniu urazu [operacja kciuka - przyp. red.] i spodziewałem się, że powie mi, że znajdę się w kadrze na kolejny mecz młodzieżowej drużyny. Kiedy oznajmił mi, że w poniedziałek mam stawić się na zajęciach zespołu trenera Michała Probierza, nie mogłem uwierzyć. Byłem niezmiernie szczęśliwy. Od razu poszedłem do taty i zapytałem jak powinienem się zaprezentować. Wiedział, że to dla mnie duże wydarzenie, ale mówił, że powinienem podchodzić do wszystkiego na spokojnie. Niektórych piłkarzy seniorów znałem osobiście, bo gdy tata jeszcze grał, to jako mały chłopiec często wchodziłem do szatni. Ale treningi z tymi zawodnikami to zupełnie co innego.

Od razu dowiedziałeś się, że wystąpisz w sparingu z Unią?

- Nie. Myślałem, że zajęcia mają jedynie wpłynąć na moją motywację, bo z powodu urazu nie ćwiczyłem przez dwa miesiące. Tymczasem trener Michał Probierz po poniedziałkowych zajęciach zabrał mnie na bok i powiedział, że jadę do Tarnowa. Debiut w Wiśle był dla mnie dużym przeżyciem. To mój pierwszy klub, bo w Portugalii [Cleber grał w Victorii Guimaraes zanim przeniósł się do Krakowa - przyp. red.], gdy miałem 8-9 lat trenowałem bardziej dla zabawy. Od kiedy zapisałem się do klubu z ul. Reymonta, to kadra mojego rocznika bardzo się zmieniła. Jest w niej tylko pięciu zawodników z Krakowa, w tym trzech takich, którzy byli w klubie od początku. Nie miałem momentów zwątpienia, bo piłka nożna jest całym moim życiem.

To Cleber zaprowadził Cię na pierwszy trening, czy sam chciałeś zostać piłkarzem?

- W rodzinie od małego słyszałem, że muszę iść w ślady taty. Ojciec miał bogatą karierę. Chciałbym osiągnąć połowę z tego, co on. Jeśli tak się stanie, to będę zadowolony.

A to, że wszyscy utożsamiają Cię z tatą pomaga czy przeszkadza?

- Nie lubię kiedy nas porównują, ale zdążyłem się już do tego przyzwyczaić. W piłce nożnej tak już jest, że gry zagram dobrze, to poklepują mnie po ramieniu. Jeśli coś mi nie wyjdzie, to słyszę, ile brakuje mi do ojca. W trakcie kariery tata dużo podróżował, ale gdy tylko mógł, przychodził na moje mecze czy treningi. W drodze do domu zawsze podpowiadał, co powinienem poprawić. Ale zdarzało się też, że mnie chwalił (śmiech).

Ile zajęła Ci nauka języka polskiego? Mówisz bezbłędnie.

- Dalej się mylę. Największe problemy sprawia gramatyka. Pierwsze dwa lata były zarówno dla mnie, jak i dla całej rodziny bardzo ciężkie. Potem wszystko przyszło automatycznie, bo ciągle rozmawiałem po polsku - w szkole i w Wiśle.

Nie masz jednak polskiego obywatelstwa?

- Ale staram się o nie. Mieszkam tu od sześciu lat. Kiedy tata zaczął grać w Tereku Groznym, to ja, brat i mama zostaliśmy w Krakowie. Interesowali się mną nawet trenerzy młodzieżowych reprezentacji Polski. Na razie nie mogłem w niej wystąpić, więc sztab szkoleniowy kadry uznał, że nie ma sensu, bym dostawał powołania.

Co Wisła zdziała w tym sezonie?
Więcej o: