Wisła Kraków. Jacek Bednarz: Robię porządek

Po przegranym boju o Ligę Mistrzów Wisła ma do zapłacenia bardzo wysoki rachunek. Taka polityka nie ma sensu. Do rozwiązania jest też sprawa Patryka Małeckiego. Sposób, w jaki z nim postępowano, i quasi - karę dla niego można uznać za wielce nierozsądne
Przemysław Iwańczyk: Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, a pan bierze się za Wisłę po raz drugi.

Jacek Bednarz: Ta rzeka jest zupełnie inna. Nie bałem się tego samego miejsca, bo łatwiej jest wrócić tam, gdzie wcześniej powiedziano: "dziękuję". Rozstaliśmy się jak przyjaciele, w jakiś sposób uświadomiłem soebie, że po nieudanych eliminacjach w Lidze Mistrzów i odpadnięciu z Levadią Tallin w klubie powinien zostać trener, a nie ja.

Wjeżdża pan na białym koniu - z dyrektora sportowego stał się pan wiceprezesem klubu, mówi się, że niebawem to pan będzie kierował całą Wisłę.

- Nie zanosi się na to, abym został prezesem. Mam nadzieję, że będzie nim ktoś, komu bardzo kibicuję. Wsparcie kogoś znającego od podszewki klub i struktury firmy naszego właściciela nam się przyda. Czy wjechałem na białym koniu? To był raczej stęp, a nie galop. Traktuję to zresztą jako sygnał dla wszystkich, że moja wcześniejsza praca w Wiśle została doceniona i dlatego powierzono mi jeszcze bardziej odpowiedzialne zadanie.

Czy w tej konfiguracji będzie miejsce dla dyrektora sportowego Stana Valcksa?

- Mam wrażenie, że jego czas w Wiśle dobiegł końca. Na dniach wspólnie podejmiemy decyzję, co dalej.

Pana przyjście spowodowało też natychmiastową dymisję prezesa Bogdana Basałaja?

- Bardzo mnie to zaskoczyło. Widać, Basałaj uznał, że nie widzi dalszej możliwości współpracy, i miał do tego prawo.

Przyszedł pan do Wisły, żeby zrobić porządek?

- Wiedziałem, że tego pytania nie uniknę. Gwałtowne i szybkie zmiany oznaczają, że ktoś nowy musi pozamiatać, zakończyć niektóre sprawy i przygotować gruntowne zmiany. Słyszałem ostatnio, jak wielkim trzeba być szaleńcem, aby decydować się na radykalne ruchy, skoro wszystko tak fajnie funkcjonowało. Dopiero rozpoznajemy sytuację finansowo-gospodarczą, ale mam już na jej temat dość duże pojęcie i wszystko raczej nie odpowiada powszechnie panującemu optymizmowi. Sportowo zespół przygotowany był jak sprinter na finałowy bieg po złoty medal. Tym finałem miał być dwumecz z Apoelem i awans do Ligi Mistrzów. Dwumecz przegrany, po którym Wisła ma rachunek do zapłacenia. Bardzo wysoki rachunek. Kontynuacja takiej polityki nie ma sensu. Już podczas pierwszego pobytu w Wiśle mówiłem, że nie wyobrażam sobie sytuacji, także jako kibic, że w imię Ligi Mistrzów trzeba poświęcić wszystko. Potrzeba ruchów zaplanowanych i finansowo rozsądnych.

Będąc w Wiśle, za pierwszym razem, też przegraliśmy walkę w pucharach, ale rachunek nie był tak wysoki, mieliśmy nawet 8-10 piłkarzy na sprzedaż, na których klub zarobił duże pieniądze. Do katalogu obecnych problemów dołożyłbym sprawę odsuniętego Patryka Małeckiego. Zabrakło pomysłu, jak to załatwić, bezpośredniego kontaktu z piłkarzem. Dziwi mnie takie postępowanie i brak konsekwencji.

Sprawa Małeckiego była sprawa, która zaważyła o rewolucji w Wiśle?

- Zdecydowało o tym wszystko, co działo się w klubie.

Małecki to wielokrotny recydywista, którego przywraca pan wraz z trenerem do gry. Przejechał na czerwonym świetle pięć razy, przejedzie i szósty.

- Miliony ludzi łapie mandaty za wykroczenia, łamanie przepisów nie jest więc tylko domeną Małeckiego. Przeszkadza mi to, że w przypadku tego piłkarza tak głupia sprawa odbiła się tak szerokim echem. Podobne rzeczy, jak niepodanie ręki trenerowi, przytrafiały się w przeszłości wielu zawodnikom, i to większym od niego. On sam nie ma wątpliwości, że na karę zasłużył, ale nie znaczy to, że trzeba go od razu nabijać na pal czy ćwiartować. Sposób, w jaki z nim postępowano, i quasi-karę, jaką otrzymał można uznać za wielce nierozsądne

Małecki nie jest pierwszym i zapewne nie ostatnim przypadkiem takiego zachowania w polskiej piłce. To przykład kogoś, kto szybciej mówi, niż myśli, działa nad wyraz emocjonalnie. Inaczej się żyje i współpracuje z introwertykiem, a inaczej z cholerykiem. Od charakteru zależą przecież wszelkie relacje. A dla Patryka Wisła nie jest z pewnością tylko miejscem pracy, to dla niego coś więcej. Zawsze starał się udowodnić - raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem - że zależy mu na jak najlepszym wyniku sportowym, co czasem pchało go do głupich zachowań. Chłopak chce dobrze. To przyjąłem za punkt wyjścia, chciałem wyjaśnić tę sytuację i porozmawiać, nie przyjmować tylko pozycji jednej strony, jak dotychczas. Media też zafałszowały trochę przekaz.

Powiedział panu Małecki: "Panie prezesie, moja frustracja wynika z tego, że w Wiśle większość zawodników zarabia pięć-sześć razy więcej ode mnie, a ja nie mogę doprosić się nowego kontraktu i zasłużonej podwyżki"?

- Chciałem dowiedzieć się od niego, czy powiedział, że nie chce grać w Wiśle. Zarzekał się, że tak nie było. Pytałem też, czy jest gotów podporządkować się nowym regułom panującym w drużynie, temu, że nowy trener nie znosi sprzeciwu. Zachował się dorośle, padły deklaracje i zacząłem myśleć o tym, żeby dać mu szansę.

Może przywracacie go tylko dlatego, by go znów wypromować i sprzedać?

- Na razie przywracamy go do obowiązków wynikających z kontraktu. Rozmowa z nim pokazała, że jest świadomy sytuacji i dorośle podchodzi do sprawy. Stwierdził, że nie wyobraża sobie odejścia z klubu na innych warunkach niż po wygaśnięciu kontraktu albo po transferze. Tak mówi tylko osoba charakterna. Zakładamy dwa scenariusze: zły jest taki, że nie wytrzymuje próby, a my nakładamy karę; dobry jest taki, że przechodzi próbę, gra i podpisujemy nowy kontrakt. Małecki przystał na taką propozycję. Niech ci, którzy oceniają go tak surowo, zauważą wreszcie, że miał prawo, aby dostać swoją drugą szansę. Łatwo jest napiętnować innych. Małecki - jak na piłkarza - ma naturę modelową, choć w życiu może się na tym przejechać.

Zabezpieczył się w kontrakcie, żeby trener znów nie "wysadził" pana ze stanowiska, jak to było w Wiśle za pierwszym razem?

- Nie ma takiego zabezpieczenia. Jestem pozytywnie nastawiony do trenera, rady nadzorczej, w której zasiadają osoby pracujące ze mną już wcześniej. W korporacji wszystko jest możliwe, ryzyko wliczone jest w pracę, ale na razie wszystko układa się świetnie.

Jak długo Jacek Bednarz wytrzyma z Michałem Probierzem, trenerem autokratą, który nie lubi mieć pośredników w kontaktach z właścicielem klubu?

- Nie przeszkadza mi to. Nie wyobrażam sobie, abym mógł bronić trenerowi dostępu do właściciela drużyny. Nie ma też takiej opcji, abym to ja dyktował właścicielowi cokolwiek. Jestem szefem Michała, choć jeśli jego praca okazałaby się mało satysfakcjonująca, sam nie mógłbym go zwolnić, potrzebna jest do tego decyzja zarządu. Obaj mamy świadomość podziału ról. Nie ukrywam, że jego autokratyzm jest mi na rękę, bo po trzech tygodniach pracy z drużyną widzę, że potrzebuje ona kogoś takiego. Drużyna, która wcześniej nie miała wizji tego, co dalej, teraz konsekwentnie dąży do celu, jej gra mogłaby być lepsza, ale nie mogę też wymagać cudów. Najistotniejsza jest chemia między zawodnikami i Probierzem. Drużyna potrzebowała takiego trenera, i na odwrót.

Kto podejmuje decyzje w sprawie transferów - pan czy trener?

- Decyzje będą zapadały kolegialnie. Sytuacja, gdy jedna osoba podejmuje decyzje, jest niekomfortowa, bo nietrudno o pomyłkę. Nim postulat odnośnie transferów trafi do rady nadzorczej, decyzję będę podejmował ja. Chciałbym, aby wszyscy mieli sporo do powiedzenia w tej kwestii. Liczę na oko i doświadczenie Probierza.

Czy właściciel Wisły zamierza wciąż w nią inwestować, czy raczej zwija interes?

- Mój powrót do Wisły oznacza, że te pomysł inwestowania w klub nie został zarzucony. Ale też Wisła ma kosztować rozsądnie, a nie absurdalnie dużo. Zapewniam, że Bogusław Cupiał oprócz tego, że jest biznesmenem, jest też kibicem.

Przyszedł pan do Wisły oszczędzać?

- Przyszedłem, aby ten klub funkcjonował na zdrowych zasadach. Pomysły nie wyparowały, choć najbliższe miesiące będą okresem przekształceń i restrukturyzacji, a nie szastania pieniędzmi na lewo i prawo.

Jak pan chce przyciągnąć kibiców?

- Nie jest tak źle, jak się mówi. Ci, którzy od lat chodzą na Wisłę, za co można im tylko podziękować, kupują karnety i gorąco dopingują. Kłopotem jest brak nowych ludzi chcących wpisać się w historię klubu i pomóc nam wyjść z impasu. Chcemy pokazać, że można nie tylko obejrzeć mecz, ale i miło spędzić czas, zobaczyć inne oblicze drużyny, w której powinno być więcej zawodników z Polski niż obecnie.

Przegraliśmy zasłużenie - mówi Probierz »


Więcej o: