Wisła Kraków. Kazimierz Moskal: Jestem mocno rozczarowany

- Nie pamiętam, kiedy Wisła przegrała tyle spotkań na własnym boisku. Dlaczego tak jest? Za mało wygrywamy pojedynków jeden na jeden, musimy szybciej grać piłką i zmieniać pozycje. Ale jeśli chodzi o prowadzenie gry z Koroną, to nie mam się do czego przyczepić - uważa Kazimierz Moskal, trener Wisły
Piotr Jawor: Po porażce w Liege ze Standardem mówił pan, że nie zmrużył oka, więc teraz pewnie cierpi pan na bezsenność.

Kazimierz Moskal: W tym wszystkim to jest chyba najmniej ważne... Jestem ogromnie rozczarowany, nie tak sobie to wyobrażaliśmy. Szczególnie po dobrej inauguracji ze Standardem. Zresztą dalej uważam, że Belgowie byli do przejścia.

Większy problem pana zawodnicy mają z przygotowaniem psychicznym czy fizycznym?

- Nie ma powodów, by zastanawiać się nad kwestią motoryczną. Graliśmy trzy mecze w dziesięciu, mimo to nie ustępowaliśmy przeciwnikom. Jeszcze raz obejrzałem spotkanie z Koroną Kielce i do przerwy prowadziliśmy grę. Może nie mieliśmy stuprocentowych sytuacji, ale kontrolowaliśmy spotkanie. W drugiej połowie przeciwnicy nie zepchnęli nas do defensywy, ale obraz gry się zmienił.

Po sparingach niewiele wskazywało na to, że problemem Wisły będzie ofensywa.

- Mieliśmy problemy z obroną, traciliśmy bramki w głupi sposób, ale gra do przodu wyglądała bardzo przyzwoicie. Wierzę głęboko, że podniesiemy się w meczu w Gdańsku.

Jednak w czwartek ze Standardem i przez ponad pół meczu z Koroną nie oddaliście nawet celnego strzału.

- Nie przywiązywałbym do tego aż takiej wagi. Większy problem byłby, gdyby uderzeń na bramkę w ogóle nie było. Wtedy byłaby to tragedia. To jak z posiadaniem piłki - co z tego, że masz ją przy nodze przez 70 proc. czasu, jeśli nie wygrywasz meczu. Ze strzałami jest tak samo. Dlaczego nie stwarzamy dogodnych sytuacji? Trudno odpowiedzieć. Zdecydowanie za mało wygrywamy pojedynków jeden na jeden w kluczowych strefach boiska. Musimy też szybciej grać piłką. Siła podania i zmiana stron też robi swoje. Ale jeśli chodzi o prowadzenie gry z Koroną, to nie ma się do czego przyczepić.

Nie boi się pan, że w niedzielę Korona pokazała reszcie przeciwników, że na Wisłę wystarczy agresywna gra?

- Nie. Nie tak dawno, gdy rywale mocniej naciskali, to mieliśmy problemy z rozegraniem piłki. Ale teraz to się zmieniło. Teraz trzeba popracować nad stwarzaniem sytuacji.

Mecz z Koroną był już piątym w tym sezonie spotkaniem przegranym przy Reymonta.

- Rzeczywiście nie pamiętam tylu porażek na swoim stadionie. Wszystkie te mecze ligowe przegraliśmy 0:1. Wolałbym przegrać nawet np. 0:4, ale za to tylko raz. Czy to kwestia psychiki? Może.

Drugiego meczu w tej rundzie nie dokończył Michał Czekaj, bo dostał dwie żółte kartki. Trudno będzie mu się pozbierać?

- Młodzi piłkarze zawsze popełniają błędy [Czekaj ma 20 lat - przyp. red.]. Nie ma jednak innej drogi, by zdobył doświadczenie. Z pewnością będzie to procentowało. Dla Michała to trudna sytuacja, ale zawsze może liczyć na moje wsparcie.

Gdybyście wygrali dwa ostatnie mecze ligowe, to mielibyście tylko pięć punktów straty do lidera Śląska Wrocław. Zamiast tego różnica ciągle wynosi 10.

- Bardzo liczyłem na dwie wygrane. Jestem rozczarowany i ciężko mi się z tym pogodzić, ale nie ma innej recepty na przełamanie niż wygrana w kolejnym meczu. To jedyne lekarstwo.

Spotkał się pan już z zarządem klubu?

- Po każdym meczu rozmawiamy. Nie tylko ja jestem rozczarowany, ale każdy, kto pracuje w Wiśle. Sytuacja nie jest dobra.