Liga Europejska. Wisła - Standard 1:1. Wisła zrobiła wiele, ale mogła więcej

Przed przerwą krakowianie sami skazali się na pożarcie, ale byli lepsi od Standardu i wydarli remis. Wisła byłaby jedną nogą w 1/8 finału Ligi Europy, gdyby nie fatalne zagranie Gervasio Nuneza i przepisy, nad którymi wielu głowi się od lat.
Od dwóch miesięcy krakowianie analizowali grę wicemistrzów Belgii, jeździli na mecze i kreślili taktykę. Wydawało się, że wszystko wzięło w łeb jeszcze przed upływem pół godziny. Wisłę zatrzymało beznadziejne zagranie Gervasio Nuneza. Argentyńczyk w prostej sytuacji zamiast podawać po ziemi, zagrał piłkę górą, a ta wpadła pod nogi Youniego Buensa i pomocnik Standardu pomknął sam na sam z Sergiejem Pareiką. Sytuację próbował jeszcze ratować Michał Czekaj, ale przewrócił rywala i sędzia podyktował rzut karny. - Prawidłowa decyzja. To nie była walka bark w brak, tylko zawodnik wytrącił rywala z rytmu biegu. Inna sprawa, że nie mógł zrobić nic innego, bo był za nim. Arbiter nie miał też wyboru - jeśli gwizdnął karnego, musiał wyrzucić zawodnika z boiska - przyznaje jeden z sędziów, który oglądał spotkanie.

Przez ten przepis cierpiał już niejeden zespół, a w czwartek dołączyła Wisła. Krakowianie do tego momentu przeważali i mogli nawet prowadzić, gdyby na początku Łukasz Garguła zamiast strzelać, podał do Cwetana Genkowa, który przed sobą miałby tylko pustą bramkę. Niewiele ponad kwadrans później było już 1:0 dla wicemistrzów Belgii, a gospodarze grali z jednym zawodnikiem mniej.

Jeśli jednak na kogoś miała paść niesprawiedliwość, to los wybrał najlepiej jak mógł. Kilka miesięcy temu to symulowanie faulu przez Nuneza pomogło Wiśle pokonać na swoim boisku Fulham i w efekcie wyeliminować Anglików z fazy grupowej Ligi Europy. W czwartek to Argentyńczyk zmusił Czekaja do faulu, spowodowania karnego i osłabienia zespołu.

Mimo tego Wisła nie odpuszczała i udowodniła, że trenera Kazimierz Moskal raczej nie przespał okresu przygotowawczego. Po przerwie krakowianie przeważali, gonili rywali po całym boisku i stwarzali okazje. Jedną wykorzystali tuż przed końcem, gdy Maor Melikson niezbyt precyzyjnie dośrodkował, a Cwetan Genkow jeszcze mniej umiejętnie (brzuchem!) wepchnął piłkę do siatki. Ta bramka zdecydowanie krakowianom się należało i można było odnieść wrażenie, że chcieliby grać jeszcze pól godziny, podczas gdy Belgowie woleli już zaszyć się w szatni.

W Wiśle obok Nuneza nie spisał się tylko Patryk Małecki. Źle podawał, przy uderzeniach nie trafiał w piłkę, a mimo tego uparcie próbował sam rozstrzygać akcje. Moskal ściągnął go po niespełna godzinie, a 24-letni pomocnik nawet nie poszedł podać mu ręki, a schodząc do szatni kopnął w przedmiot znajdujący się obok stanowiska operatora kamery.

Mistrzowie Polski mogą być jednak wściekli, bo w grając w dziesięciu bili się jak równy z równym, a gdyby nie rzut karny nie straciliby ani bramki, ani zawodnik, a wówczas do Liege mogliby pojechać nie po to, by odrabiać straty, ale z zaliczką.

Przez większość meczu spiker uspokajał kiboli, którzy rzucali śnieżkami w gości, a sędzia dwa razy przerywał spotkanie i groził jego zakończeniem. Z kolei Belgowie rzucali w sektory krakowian zapalonymi racami, a ci posłali w ich kierunku wyrwane krzesełko.