Akcje Łukasza Garguły idą wreszcie w górę. Klątwa go ominęła?

31-letni pomocnik był blisko znalezienia się gronie wiślackich pechowców, którym kontuzja zastopowała karierę. Wiosną ma być jednym z motorów napędowych mistrzów Polski.
Pierwszej kontuzji Garguła doznał tuż po podpisaniu kontraktu z Wisłą na początku 2009 roku. Był wtedy jeszcze piłkarzem GKS-u Bełchatów, a na Reymonta zameldował się pół roku później po to, by leczyć uraz. Na boisko wrócił po ośmiu miesiącach. Ale pech dał o sobie znać - znów trafił na stół operacyjny, bo lekarze zaszyli w kolanie igłę. Tym razem przerwa trwała dziewięć miesięcy.

Żartowano, że dopadła go ta sama klątwa co Marcina Kuźbę, Jacka Paszulewicza czy Tomasza Dawidowskiego. Całą trójka po kontuzjach doznanych podczas gry w Wiśle już nie wróciła do formy, dzięki której trafili na Reymonta.

Garguła miał być długo oczekiwanym w Krakowie następcą Mirosława Szymkowiaka. Ale częściej niż o jego grze mówiono o tym, że zarabia najwięcej w drużynie (około 350 tys. euro), a czas spędza głównie na rehabilitacji i w gabinetach lekarzy.

16-krotny reprezentant Polski miał coraz niższe notowana, a na dodatek klub sprowadził Maora Meliksona, który szybko okazał się nową gwiazdą drużyny. Trener Robert Maaskant nie widział możliwości, by na boisku znaleźć miejsce dla obu graczy. Polaka czasem nawet odsyłał na trybuny, a gdy go wpuszczał, to rzadko jako zmiennika Izraelczyka (zdarzyło się tak tylko dwa razy).

Szczęście Garguły związało się z pechem Meliksona. Gdy Izraelczyk doznał kontuzji, Polak zaczął grać coraz częściej i dłużej. W międzyczasie zmienił się trener. Kazimierz Moskal zdecydował, że obaj piłkarze mogą razem grać na boisku. W ostatnim spotkaniu 2011 roku Wisła wygrała 2:1 z Twente Enschede. Garguła jako ofensywny pomocnik strzelił gola (pierwszego, od kiedy trafił na Reymonta), a Melikson nieźle spisał się w roli skrzydłowego.

W zimowych sparingach szkoleniowiec próbował różnych rozwiązań - z Eintrachtem Brunszwik, FC St. Pauli i Helsingborgs Melikson wchodził za Gargułę, z FC Midtjylland razem zagrali przez kwadrans, a w ostatnim teście z Odense wyszli w podstawowym składzie.

Trener Moskal nie wyklucza, że w czwartek spotkanie ze Standardem Liege w 1/16 finału Ligi Europy obaj pomocnicy zaczną od pierwszej minuty. - Graliśmy już tak z Twente, i to przyniosło efekt. Mamy jednak kilka wariantów ustawienia linii pomocy, a teraz do mojej dyspozycji są niemal wszyscy piłkarze i dzięki temu mogę zastosować wiele rozwiązań - mówi Moskal. - Łukasz przede wszystkim wrócił do zdrowia i pokazał, że jego forma rośnie. Mam nadzieję, że utrzyma dyspozycję i wszyscy będziemy zadowoleni.