Wisła Kraków. Sergiej Pareiko: W szatni zdarzało się skoczyć sobie do gardeł [WIDEO]

- Zdarzało się, że na treningu, po meczu, a nawet w przerwie spotkania zawodnicy Wisły skoczyli sobie do gardeł. To normalne, jesteśmy tylko ludźmi, a sport to emocje. Najważniejsze, by po ochłonięciu podać sobie ręce - mówi Sergiej Pareiko, bramkarz krakowian.
Piotr Jawor: Po zgrupowaniu kibice stwierdzili, że jest pan najlepszym aktorem w drużynie. Nieźle wypadł pan na klipie, który zachęcał do przyjazdu na Superpuchar [filmik na końcu wywiadu - przyp. red.].

Sergiej Pareiko: Pan też to widział?

Ja i jeszcze wiele osób.

- No tak... Na obozie jest monotonnie, każdy dzień wygląda tak samo, więc trzeba rozluźnić atmosferę.

Nie ma pan powoli tego dość? Treningi, rozłąka z rodziną.

- Przez 11 lat zdążyło mi to wejść w krew. Najtrudniejsze są pierwsze trzy-cztery dni, organizm musi przygotować się do wytężonego wysiłku. Z czasem wszystko wraca do normy.

Ma pan już 35 lat...

- Jeszcze 34, a czuję się na 20.

To ile pan jeszcze pogra?

- Ze cztery lata dam radę. Jestem zdrowy, czuję się dobrze i ciągle mam głód gry. Jakieś rezerwy w organizmie zostały. Dziś piłkarze grają nawet do 40. Kilku starszych jest w Anglii, AC Milan. Wszystko zależy od samopoczucia i tego, jak przygotowujesz się do gry.

Jaka jest pana recepta na długą karierę?

- Żadnych diet, bo wszystko jest dla ludzi. Zdrowie dostałem od rodziców. Gdyby go nie mieli, nic by nie pomogło.

Rozmawiał pan już z Wisłą o przedłużeniu kontraktu?

- Stan Valckx [dyrektor sportowy - przyp. red.] zadzwonił przed sylwestrem i powiedział, że klub chce, bym został. Dodał, że wszystko zależy od miejsca, który zajmiemy. Sprawa wyjaśni się nie wcześniej niż kilka kolejek przed końcem. Teraz mam się skupić na obronie mistrzostwa.

Wiele wskazuje, że wiosną zagracie w tym samym składzie.

- To bardzo dobrze! Jesienią mieliśmy wiele kontuzji i to był problem. Teraz, jak będziemy zdrowi, trener będzie miał w kim wybierać.

Podczas obozu w Hiszpanii doskoczył pan do jednego zawodnika St. Pauli, który w trakcie waszego treningu przeszedł przez boisko.

- Trenowaliśmy na sąsiednich murawach. Kilku skróciło sobie drogę przez naszą, a to dla mnie dziwne zachowanie. Powinno się mieć szacunek, a oni szli jakby byli z Realu Madryt, a nas traktowali jak gości ze słabiutkiej ligi, którzy nie potrafią grać. Tak nie może być! Powiedziałem: "Gdzie idziecie? Co wy sobie myślicie?". To chyba normalna reakcja?

Tak samo ostro reaguje pan w szatni Wisły?

- To co innego. Jesteśmy jednym zespołem i tak można zachować się jeden, góra dwa razy. Później należy szukać innej recepty. Trudno się ciągle kłócić, a później normalnie zachowywać na boisku. Każdy może mieć słabszy dzień, a od reprymend jest trener.

W innych klubach miał pan piłkarzy, którzy "trzęśli szatnią"?

- Zdarzało się. Na ogół byli to doświadczeni gracze lub zawodnicy, którzy mieli za sobą występy w wielkich klubach. Ale jak trener wchodził, to milkli.

Jak Kazimierz Moskal zachowuje się w szatni w porównaniu do Roberta Maaskanta?

- Robert wchodził, rzucał kilka słów i wychodził. Kaziu jest inny. Najbardziej zdenerwowany był po porażkach z Górnikiem Zabrze i Polonią Warszawa. Może nie krzyczał, najwyżej podnosił głos, ale był zawiedziony.

W pana drużynie zawodnicy kiedykolwiek skoczyli sobie do gardeł?

- Było wiele takich sytuacji. W Rosji na pewno, we Włoszech sobie nie przypominam.

A w Wiśle?

- Oczywiście. Na treningu, po meczu, a nawet w przerwie. To normalne, jesteśmy tylko ludźmi, a sport to emocje. Najważniejsze, by po ochłonięciu podać sobie ręce.

Co wtedy robi reszta zespołu?

- Rozdzielamy zawodników. Nie można pozwolić na wybuch konfliktu. Na trening gracze muszą już wyjść pogodzeni.



Piłkarze Wisły zapraszają kibiców na mecz u Superpuchar (11 lutego)