Transfery w 2011 roku dały tytuł, nie dały Ligi Mistrzów

Trzy strzały w dziesiątkę, kilku średniaków, ale też niewypały. Pół roku temu wydawało się, że Stan Valckx, dyrektor sportowy Wisły, jest cudotwórcą, ale dziś do paru jego transferów nie tylko kibice mają zastrzeżenia.
W Nowym Roku Valcksowi można życzyć piłkarzy szybkich jak Maor Melikson (a nie Michael Lamey), skutecznych jak David Biton (a nie Ivica Iliew) oraz ze zdrowiem zdecydowanie lepszym niż Marko Jovanović. Jutro otwiera się okno transferowe i choć krakowianie nie planują wielkich zakupów, to mogą mieć spory wpływ na wyniki. Gdyby bowiem udało się sprowadzić np. dwóch Meliksonów, to szybko wróciłaby wiara w obronę mistrzostwa. Z kolei pozyskanie zawodnika pokroju Lameya czy Kewa Jaliensa może ściągnąć na Valcksa kolejne głosy niezadowolenia.

Oto jakich zawodników dyrektor sportowy sprowadził w 2011 r. (kolejność od najlepszego do najsłabszego):

1. Maor Melikson - aż dziw bierze, że przez tyle lat nikt go w Izraelu nie odnalazł. Poprzez znajomego dotarł do niego Valckx i za ok. 650 tys. euro ściągnął do Krakowa. Zaangażować musiał się też piłkarz, który wyprosił transfer u prezes Hapoelu Beer Szewa. Melikson z szybkością Forresta Gumpa potrafi przebiec z piłką 80 metrów, a nogami przebiera równie żwawo jak postacie z kreskówek. Być może już w tym oknie transferowym Wisła zarobiłaby na nim miliony euro, gdyby nie kontuzja i zamieszanie z grą w reprezentacji Polski lub Izraela.

2. David Biton - gdyby nie jego bramki, Wisła już dawno straciłaby szansę na obronę mistrzostwa Polski. W lidze strzelił dziewięć z 16 goli dla krakowian, a trzy dołożył w Lidze Europy. Dorobek miałby pewnie jeszcze większy, gdyby na początku sezonu Robert Maaskant nie stawiał uparcie na Cwetana Genkowa. Izraelczyk ma dopiero 23 lata i dużą chęć, by być lepszym. Czasem dość mają go tylko bramkarze Wisły, bo po niemal każdym treningu zostaje ćwiczyć z nimi strzały. Wiele jednak wskazuje, że mistrzowie Polski jego grą będą mogli się cieszyć tylko do maja, bo wykupienie napastnika z Charleroi kosztuje aż 1,6 mln euro.

3. Sergiej Pareiko - na jego przyjście można było patrzeć z niechęcią. Miał 34 lata i przez kilka tygodni nie mógł znaleźć klubu. Oczywiście opowiadał, że miał propozycje z Celticu Glasgow, że mógł zostać w Rosji itd., ale podchodzono do niego z dystansem. Niepewność została rozwiana z pierwszym meczem, bo Estończyk okazał się o niebo lepszy od Mariusza Pawełka. Pareiko tylko raz przypomniał swojego poprzednika, gdy w Nikozji wrzucił sobie piłkę do siatki. Gdyby nie ten błąd, mógłby być nawet na pierwszym miejscu w zestawieniu transferów.

4. Cwetan Genkow - Wisła powinna trzymać kciuki, by wiosnę miał taką samą jak rok temu. Bo jeśli utrzyma formę z zimy, to całe strzelanie bramek znowu spadnie na Bitona. Bułgar jako jedyny zawodnik otwarcie powiedział, że zwolnienie Maaskanta było pochopne, ale nie ma się mu co dziwić, bo u Holendra miał wielki kredyt zaufania. Wiosną spłacił go sześcioma bramkami w lidze, ale jesienią trafił tylko trzy razy (raz w LE).

5. Ivica Iliew - gdyby rok temu w Serbii trafiał tak często jak teraz w Polsce, to w Wiśle nigdy by się nie znalazł. Pół roku temu świętował tytuł króla strzelców, ale dla mistrzów Polski zdobył tylko jednego gola (ze Skonto Ryga). Do tego dołożył trzy asysty, ale mimo tego kibice nie powinni żałować jego przyjścia, bo gra efektownie. Ma jednak 33 lata, więc większych nadziei nie ma sensu z nim wiązać.

6. Gervasio Nunez - na zastępcę Radosława Sobolewskiego raczej się nie zapowiada, bo bardziej do tej roli nadaje się Cezary Wilk. Mimo tego 23-letni Argentyńczyk miał dość udaną rundę, ale część kibiców irytował symulowaniem. Nieźle spisywał się także podczas łatania dziur na boku pomocy lub obrony. Do Wisły jest wypożyczony do końca sezonu, a nieoficjalnie za jego wykupienie trzeba zapłacić ok. miliona euro. Za dużo jak na zaprezentowane umiejętności.

7. Junior Diaz - Jeśli krakowianie chcą go wykupić z Brugge i zapłacić jak najniższą cenę, to wiosną powinni wystawiać go na lewej obronie. Wówczas będzie szansa, że Belgowie oddadzą go nawet za darmo. Diaz na boku defensywy miotał się, jakby został tam wystawiony za karę, choć to jego nominalna pozycja. Wydawało się, że powrót Kostarykanina do Wisły będzie niewiele lepszy niż np. Macieja Żurawskiego, ale z przymusu Diaz musiał zagrać w środku obrony i spisywał się nadspodziewanie dobrze. Z zawodnika, który z taktyką jest na bakier, stał się dowódcą defensywy.

8. Marko Jovanović - zawieszenie, kontuzja, ból zębów, kontuzja - gdyby Serb miał płacone tylko za rozegrane mecze, to dziś mógłby mieć problemy z wyjściem na swoje. A jeśli dostawałby wypłaty tylko za dobre mecze, to byłby zadłużony po uszy. Jovanović ma jednak dopiero 23 lata i potencjał, ale na razie bardziej przypomina Manu z Legii - szybko biega, ale kiepsko kopie piłkę. Mimo tego krakowianie mogą mieć z niego jeszcze pożytek. Być może potrzebuje kilku miesięcy bez kontuzji, by się rozkręcić.

9. Kew Jaliens - w pierwszym półroczu chciał udowodnić, że w polskiej ekstraklasie nie przyjechał tylko machać CV z występami w reprezentacji Holandii i spisywał się nieźle. Ale jesienią było już tylko gorzej - nie nadążał za rywalami, źle się ustawiał i sprawiał wrażenie wyznawcy zasady: "jak pod moją bramką jest gorąco, to lepiej trzymać się od rywali z daleka". Podpadł też kibicom ("mecz z Legią można przegrać"), którzy w kilku spotkaniach uprzykrzali mu grę przyśpiewkami.

10. Michael Lamey - trener Sven Goran Eriksson może i jest dziwakiem, ale w przypadku Holendra mógł się nie pomylić. Szkoleniowiec odesłał Lameya do rezerw Leicester, bo nie robiło na nim wrażenia, że kilka lat wcześniej grał z PSV Eindhoven o finał Ligi Mistrzów. Ten argument oraz to, że był wolnym zawodnikiem, sprawiły, że Lamey trafił do Wisły. Końcówkę rundy może miał nie najgorszą, ale wcześniej aż żal był patrzeć, jak rywale wyprzedzają go na dwóch, trzech metrach. Już w Nikozji było wiadomo, że z takim zawodnikiem Wisła nie ma czego szukać w LM.

11. Michaił Siwakow - " To taki typowy pomocnik box-to-box" - zachwalali go przy Reymonta. To by oznaczało, że Białorusin dobrze bronił, atakował, podawał i uderzał. Może i tak, ale trudno to zaprezentować, jeśli w ogóle się nie biega. W paru meczach Siwakow jakby był przywiązany do murawy na sznurku i mógł poruszać się w promieniu zaledwie pięciu metrów i podawać tylko do tyłu. Przy Reymonta zostanie jednak zapamiętany jako zawodnik, który strzelił gola z 51 metrów. To jednak nie znaczy, że miał fantastycznie ułożoną stopę. Kilka dni wcześniej na treningu wiślacy z ok. 20 metrów mieli trafić w poprzeczkę. Część z nich już dawno ściągnęła buty i schodziła z murawy, gdy Siwakow dalej próbował. Z 20 zawodników trafił jako ostatni.