Sport.pl

Robert Maaskant: Zatrzymany w pół drogi

- Z tymi zawodnikami można walczyć o mistrzostwo. Wierzyłem w to w stu procentach. Wiedziałem, co zrobić, by awansowała do Ligi Mistrzów. Ale jeśli będzie się ciągle zmieniało trenerów, to co pół roku czy co rok trzeba będzie wszystko zaczynać od nowa - mówi Robert Maaskant, były trener Wisły.
Maaskant został zwolniony po 444 dniach. Z Wisłą zdobył mistrzostwo Polski i awansował do Ligi Europy, a zdymisjonowano go po trzech porażkach z rzędu (z Podbeskidziem, Fulhamem i Cracovią). Z naszych informacji wynika, że nie chodziło tylko o wyniki, ale o to, że w rozmowach z przełożonymi nie przyznawał się do błędów i za każdym razem szukał wymówek. We wtorek Holender pożegnał się ze wszystkimi w klubie, a jego obowiązki przejął Kazimierz Moskal, dotychczasowy asystent Holendra i były zawodnik Wisły. - Będzie trenował drużynę do końca rundy i do tego czasu nie będziemy prowadzili rozmów z żadnymi szkoleniowcami. Zimą zastanowimy się, co dalej - podkreśla Stan Valckx, dyrektor sportowy mistrzów Polski.

Piotr Jawor: Jest pan zły?

Robert Maaskant: Tak, bo zatrzymano mnie w połowie drogi, a wszyscy w klubie wiedzą, że zespół ma potencjał. Sezon zaczęliśmy wcześnie i już wtedy wiedziałem, że ten miesiąc będzie trudny. Nie chodzi nawet o przeciwników, ale zmęczenie. Do tego doszły kontuzje, a właśnie teraz potrzebowałem szerokiej kadry. Według mnie decyzja zarządu nie jest racjonalna, ale emocjonalna. Profesjonaliści nie powinni tak robić, bo w taki sposób nie da się niczego zbudować. Jestem rozczarowany.

Jaki był pana największy sukces?

- Gdy przychodziłem do Wisły, nikt nie wierzył w mistrzostwo. Zmieniłem jednak podejście zawodników, a to było dużo trudniejsze, niż się wszystkim wydaje. Zmiana w piłkarzach jest trwała, bo nawet po porażkach z Podbeskidziem i Cracovią wierzą, że mogą być najlepsi w Polsce.

Jak wyglądała pana ostatnia rozmowa z prezesem Bogdanem Basałajem?

- Dobrze mi się z nim pracowało, ale jest prezesem i musi respektować decyzje zarządu. Nie jestem jednak pewny, czy zgadza się z moim zwolnieniem. Oczywiście nigdy tego nie powie, bo nie może... Zarządu nigdy tu jednak nie było, jego członkowie nie znali sytuacji i sposobu, w jaki pracujemy.

Wielu twierdzi, że za zwolnieniem stoi Bogusław Cupiał, właściciel klubu.

- To decyzja zarządu, a co się kryje pod tym słowem - nie mam pojęcia. Wiem, że pan Cupiał decyduje o wielu sprawach. Chyba wszyscy wiedzą, jak funkcjonuje Wisła.

Jak wyglądało spotkanie z Basałajem?

- Trwało trzy minuty. Wszedłem do jego biura, gdzie czekał też Stan Valckx, który o decyzji dowiedział się może pięć minut wcześniej. W takich sytuacjach rozmowy zawsze są bardzo krótkie. Bogdan powiedział, że klub nie zamierza kontynuować współpracy. Odpowiedziałem, że uważam to za złą decyzję i nie zgadzam się z nią. Lepiej byłoby, gdybym został zwolniony w grudniu. Nie pozwolono mi wyciągnąć drużyny z kłopotów, choć ufali mi piłkarze, współpracownicy i wszyscy w klubie. Oprócz zarządu.

Jak według pana rysuje się przyszłość Wisły?

- W najbliższym czasie niewiele się zmieni. Zostaje ten sam sztab, Kaziu Moskal sobie poradzi. W składzie pewnie nie zmieni zbyt dużo, bo wciąż będzie miał kontuzjowanych tych samych zawodników. Ale jak wrócą Radosław Sobolewski, Patryk Małecki i Maor Melikson, to drużyna zyska na jakości. Nie wiem, kiedy Stan Valckx znajdzie nowego trenera, ale z tymi zawodnikami może walczyć o mistrzostwo. Wierzyłem w to w stu procentach. Miałem plan wzmocnienia drużyny. Wiedziałem, co zrobić, by awansowała do Ligi Mistrzów. Ale jeśli będzie się ciągle zmieniało trenerów, to co pół roku czy rok trzeba będzie wszystko zaczynać od nowa. To nie jest dobre rozwiązanie. Popatrzcie na Macieja Skorżę w Legii. W poprzednim sezonie miał wielkie kłopoty, ale zachował stanowisko i dziś drużyna odnosi sukcesy. Najważniejsze to mieć wizję, a nie działać pod wpływem emocji.

Jaki powinien być nowy trener Wisły? Przyjaciel piłkarzy czy raczej ma mieć twardą rękę?

- To już nie moja sprawa. Skończyłem pracę i nie będę udzielał porad.

Żałuje pan jakiejś decyzji lub wypowiedzianych słów?

- Nie, taki jest styl mojej pracy. Z Krakowa zabiorę wspaniałe wspomnienia i fakt, że zostałem częścią historii Wisły. Jestem z tego dumny.

Pana problemy zaczęły się od porażki w Nikozji.

- Tak, ale nie chodzi nawet o piłkarzy. Poczułem wtedy, że we właścicielu zaczęła umierać nadzieja. Cupiał to fantastyczny człowiek, jest odpowiedzialny za klub, więc proszę mnie nie zrozumieć źle... Gdy kilka miesięcy temu żeniłem się, dostałem od niego prezent. Ale jak cztery tygodnie temu urodził mi się syn, to od zarządu nie dostałem nic. Nawet drobiazgu. I wtedy poczułem, że dzieje się źle. A przecież APOEL to mocna drużyna, w Lidze Mistrzów nie przegrali żadnego z czterech meczów, więc jesteśmy jedynym zespołem, który ich pokonał. Brak awansu na pewno wpłynął na decyzję o moim zwolnieniu. W poprzednim sezonie Lech Poznań grał w Lidze Europy i wszyscy byli szczęśliwi. Była atmosfera, pełne trybuny, a także wyniki. A w Wiśle jest odwrotnie, LE przyjęto jak karę. Później przyszły kontuzje czterech ważnych graczy. Przy takich osłabieniach problemy miałaby nawet Barcelona. Ale prawdopodobnie właściciel Wisły powiedział: "masz wielu zawodników, więc musisz wygrywać". OK, to jego decyzja, ale z kontuzjowanymi moglibyśmy rotować składem i na pewno pokonalibyśmy Podbeskidzie i Cracovię, od której i tak byliśmy lepsi. Wtedy byśmy nie rozmawiali o zwolnieniu.

Co pan teraz zamierza? Zostaje pan w Polsce i czeka na oferty z ekstraklasy?

- Chcę pracować tylko z drużynami z czołówki. Jadę na wakacje i czekam. Zresztą już dzwonią działacze. Skąd? Nie powiem. Chcę zamknąć wszystkie sprawy związane z wypłatą mojego kontraktu. Do tego czasu nie podejmę innej pracy. Skoro mnie wyrzucono, to powinno mi się wypłacić pieniądze. W końcu z NAC Breda odszedłem do Wisły, mając trzyletni kontrakt. Ale to już sprawa między Bogdanem a moimi prawnikami. To normalny układ. Np. w Holandii trenerzy są chronieni i nowy szkoleniowiec nie może zacząć pracy, dopóki klub nie spłaci starego. Ale nie sądzę, bym miał jakieś problemy z Wisłą, bo moje doświadczenia z pracy w Polsce są bardzo dobre.

Dostał pan pożegnalny prezent od piłkarzy?

- Nie, wystarczył mi widok ich oczu i słowa, które usłyszałem. Podziękowałem im za pracę oraz za wiele pięknych chwil.

Więcej o: