Puchar Polski. Koniec przygody Limanovii, obowiązek Wisły spełniony

Ludzie oglądali mecz z balkonów, obsiedli stadion, a trybuny aż trzęsły się od tupotu. III-oligowa Limanovia dzielnie stawiała czoła Wiśle, ale to mistrzowie Polski zagrają w ćwierćfinale Pucharu Polski.
Trybuny pewnie ani by drgnęły, gdyby nie to, że były postawione jednorazowo na to spotkanie. Dzięki temu święto w 15-tysięcznym miasteczku obejrzało 2,7 tys. ludzi. - Gratuluję Limanowej organizacji meczu i naprawdę niezłej drużyny - chwalił rywali Robert Maaskant, szkoleniowiec Wisły.

Pół godziny przed spotkaniem przy kasach czekało blisko sto osób. Dojazd pod sam obiekt był niemożliwy, bo miejsce zajął wóz z wysięgnikiem, z którego spotkanie transmitowali pracownicy TVP Sport. Także za ogrodzeniem telewizja miała swoje... studio meczowe, a komentatorzy siedzieli na dachu wielkiego samochodu.

Niewiele niżej była część fanów. Niektóry wydrapali się na pobliskie drzewa, inni nawet na przenośne ubikacje. Najlepszy widok mieli jednak kibice z domu po drugiej stronie ulicy, którzy na długo przed meczem na balkonie ustawili cztery krzesła. Okazały się jednak zbędne, bo chętnych do obejrzenia meczu z tego miejsca było kilka razy więcej, a emocje takie, że nikt nie zamierzał siedzieć. - Prosimy cały sektor kibiców o przesunięcie się w lewo, bo pod kasami tworzą się korki. Dużo osób czeka na wejście - apelował spiker.

Wydawało się, że święto skończy się po kwadransie, gdy do siatki trafił Michael Lamey. Krakowianie nawet zbytnio się nie cieszyli, ale chwilę później szczęki opadły im do ziemi. Do rzutu wolnego podszedł Artur Skiba i z ponad dwudziestu metrów z całych sił uderzył prosto w okienko. Takiej bramki ze stałego fragmentu gry nawet mistrzowie Polski nie zdobyli od kilku sezonów! - To był niesamowity strzał. Do końca nie mogłem uwierzyć, że to wpadło. Może to jakiś specjalista od rzutów wolnych? - dziwił się Lamey.

Skiba: - W ekstraklasie w Górniku nie udało mi strzelić bramki, to strzeliłem choć drużynie z ekstraklasy. To jeden z moich najpiękniejszych goli w karierze i cieszę się, że zobaczyło go aż tyle osób, bo na nasze ligowe spotkania przychodzi ok. 200 osób.

Po tej bramce w Limanowej uwierzyli, że mistrz Polski jest do ugryzienia. Jedna z fanek apelowała do starosty, by zabrał się za czarowanie, a inna próbowała zachęcić do dopingu trybuny. Krzyczała, gdy Limanovia przechodziła połówę boiska, po kolejnych 10 metrach tupała, a na koniec zaczynała wrzeszczeć w niebogłosy. Do siatki trafili jednak krakowianie, a trzecią bramkę w drugim meczu z rzędu zdobył Lamey. - Czy to moja odpowiedź na krytykę kibiców? Nie myślę takimi kategoriami, zawsze po prostu chcę zagrać jak najlepiej - podkreślał Holender.

Wisła mogła zdobyć zdecydowanie więcej bramek, ale nieskuteczni byli m.in. Tomas Jirsak i Rafał Boguski. Inna sprawa, że nie pomagała im kiepska murawa. - Była katastrofalna i zdecydowanie mniejsza niż te w ekstraklasie - podkreślał Lamey.

Po spotkaniu sektor gości jeszcze długo dopingował swoich zawodników, ale równie mile byli przyjmowani krakowianie. Kibice robili sobie zdjęcia z zawodnikami, a Maaskanta obsiadły dzieci, którym rozdawał autografy. - Mogliśmy zobaczyć jak ciekawy może być Puchar Polski. Dobra organizacja, mnóstwo ludzi i interesujący mecz. Rywale napsuli nam dziś sporo krwi, ale mimo wszystko zasłużyliśmy na wygraną. Czy choć chwilę drżałem o wynik? Muszę być szczery - ani razu. Nie przeszło mi przez myśl, że możemy przegrać - podkreślał szkoleniowiec mistrzów Polski, który wczoraj pierwszy raz w tym sezonie miał na boisku więcej Polaków niż obcokrajowców (stało się to w 90. minucie, gdy na boisko wszedł Michał Szewczyk).

Marian Tajduś, trener Limanovii: - Gratuluję Wiśle, ten mecz był wspaniałym doświadczeniem. Teraz wiem co powinniśmy trenować, by być lepszym. Dziękujemy za naukę, bo najlepiej uczyć się od najlepszych. Ten puchar to była fajna przygoda.

Teraz trzecioligowiec wraca do szarej rzeczywistości i w najbliższym meczu zmierzy się z Łysicą Bodzentyn, Wisła podejmuje Podbeskidzie Bielsko - Biała.