Puchar Polski. Sponsor Limanovii i Wisły pieprzy, soli, czosnku nie żałuje

Produkcję zaczynał w garażu, później przeniósł się do budynku GS-u, a teraz zarządzą ponad 400 ludźmi. - Trochę bardziej jestem za Limanovią, bo trzeba być za słabszymi - uśmiecha się Zbigniew Szubryt. Oba zespoły, które wspiera finansowo zagrają w środę o ćwierćfinał Pucharu Polski (relacja na żywo na krakow.sport.pl, godz. 13.30)
- Już dziś wiem, że jako jedyny na stadionie będę po meczu zadowolony z wyniku. Troszkę bardziej jestem za Limanovią, bo trzeba być za słabszymi - uśmiecha się Zbigniew Szubryt.

Właściciel zakładu masarskiego jest jedną z niewielu osób, która wspiera dwa zespoły. Niemal w każdy weekend trzyma kciuki za trzecioligowca, a kilka godzin później zasiada w loży prezydenckiej stadionu mistrzów Polski. - To super człowiek. Gdybyśmy mieli jeszcze 10 takich sponsorów, to byłoby cudownie - przyznają przy Reymonta.

Sól, pieprz i czosnek

Firmę założył 17 lat temu. Wraz żoną zaczęli produkować wędliny w garażu. Ubojem nigdy się nie zajmowali, interesowało ich tylko przetwórstwo. Z czasem przydomowa produkcja zaczęła się rozrastać. Szubrytowie otworzyli dwa sklepy i przenieśli się do pobliskiego GS-u. Pięć lat później i tam było za ciasno, więc zainwestowali nowoczesny zakład w Chełmcu. - Na początku rozwoziłem mięso po wszystkich sklepach i restauracjach w okolicy, a że dobrze szło, to postawiliśmy na rozwój - wspomina Szubryt.

Dziś ma ok. 50 sklepów i zatrudnia ponad 400 pracowników. Jego wędliny znają w całej Małopolsce, ale można je także kupić np. we Wrocławiu. Specjalnej recepty na sukces nie ma, ale kluczem jest tradycyjna produkcja. No i nieśmiertelne przyprawy: sól, pieprz oraz czosnek. Oczywiście w odpowiednich proporcjach. - Kiedyś zdecydowanie trudniej zarządzało się firmą, mimo że była mniejsza. Teraz każdy za coś odpowiada. Oprócz żony pomagają mi córki: starsza skończyła studiować finanse, młodsza jest na Uniwersytecie Rolniczym. To rodzinna firma - przyznaje Szubryt.

Dzięki temu szef ma więcej czasu na pasje. Sportem jakoś przesadnie się interesował - jak większość chłopaków biegał za piłką, ale o karierze wielkiego sportowca nie marzył. Wisłą zaraził go kolega, który codzienny przegląd prasy zawsze zaczynał od ostatniej strony w poszukiwaniu informacji o krakowskim klubie. Początkowo Szubryt miał z jego pasji ubaw, ale osiem lat temu dał się wyciągnąć na Reymonta. Wtedy jeszcze nie było żadnej z obecnych trybun, a gole zdobywał duet Tomasz Frankowski - Maciej Żurawski. Najlepiej pamięta mecz z Panathinaikosem Ateny o Ligę Mistrzów w 2005 r. Trzy lata później zadzwonił na Reymonta. - Widziałem sporo bannerów wokół murawy, więc spytałem, ile trzeba mieć pieniędzy, by zostać sponsorem. Kwota nie była bardzo wygórowana, więc się zdecydowałem - wspomina Szubryt, który z Wisłą ma podpisaną umowę do 2013 r. Dzięki temu dostaje m.in. osiem miejsc w loży na każde spotkanie, a jego marka jest coraz bardziej rozpoznawalna. - Dostajemy nawet e-maile z Londynu, w których ludzie piszą, że podczas transmisji widzieli reklamę, a później znaleźli produkt w sklepie - opowiada Szubryt.

- Wygląda na jednego z najbardziej zadowolonych sponsorów. Szczególne cechy? Zawsze wykorzystuje wszystkie bilety, które mu przysługują - opowiada jeden z pracowników klubu.

Ekstraklasa? Nie mówię "nie"

Przy Reymonta jest jednym z wielu sponsorów, ale w Limanovii honorują go jako głównego. Piłkarzom z 15-tysięcznego miasteczka za wzór stawia Bruk-Bet Nieciecza, który co sezon piął się w górę, a zatrzymał się w I lidze.

- Takie samo zadanie postawiłem moim zawodnikom i dlatego bardziej zależy mi na wejściu do drugiej ligi niż na Pucharze Polski. Te rozgrywki mają być tylko fajną przygodą. Ekstraklasa? Trochę wysokie progi, ale nie mówię "nie" - uśmiecha się Szubryt.