Sport.pl

Liga Europy. Andrzej Juskowiak: Przed Wisłą jeszcze wiele pracy

- Jestem pozytywnie zaskoczony grą Duńczyków. To może być czarny koń tej grupy - ocenia Andrzej Juskowiak, który komentował mecz Wisła - Odense (1:3) w Polsacie Futbol.
Daniel Karaś: Czym by Pan wytłumaczył tę porażkę?

Andrzej Juskowiak: Indywidualnymi błędami, ale wydaje mi się, że większym problemem było "wejście" Wisły w mecz. Dopiero w drugiej połowie zobaczyliśmy kilka akcji na odpowiednim poziomie. Pierwsza część była bardzo zła. Duńczycy są solidnym zespołem, bez wielkich gwiazd, ale kontrolowali przebieg meczu i zasłużenie wygrali. Przed Wisłą jeszcze wiele pracy.

Coś Pana zaskoczyło w grze krakowian?

- Zdziwiło mnie, że na prawej obronie zagrał Michael Lamey, który nie wniósł nic, a na ławce siedział Marko Jovanović. Serb jest lepszy w ofensywie i z nim Wisła mogłaby wyglądać trochę lepiej.

Z czego wynikały proste straty przy rozegraniu piłki? Chodzi o brak zrozumienia?

- Absolutnie nie. Wisła w tym sezonie rozegrała już tyle spotkań, że zespół miał okazję się zgrać. Błędy wynikały z nonszalancji. Np. przy pierwszym golu Gervasio Nunez powinien się spodziewać, że Radosław Sobolewski może podać mu piłkę, a Argentyńczyk był już myślami pod bramką rywala.

Nawet po meczu z Odense widać, że David Biton wnosi więcej do gry niż Cwetan Genkow.

- Tak, ale po tym meczu mam do niego jedno wielkie zastrzeżenie - pierwsze dwa kontakty z piłką miał brawurowe, a to zupełnie niepotrzebne. Próbował zagrywać piętą w polu karnym, przez co źle wszedł w spotkanie. Brakuje mi w jego grze determinacji do zdobycia gola. Ma teraz pewne miejsce w podstawowym składzie, bo Genkow jest kontuzjowany. Oczywiście zasłużył na nie też bramkami strzelonymi w T-Mobile Ekstraklasie, ale w tym meczu nie potwierdził umiejętności. Inna sprawa, że dośrodkowania i podania w jego kierunku nie były na najwyższym poziomie. Najczęściej go omijały. Zbyt często był osamotniony, a pojedynczego zawodnika bardzo łatwo wyłączyć z gry.

Brakowało Wiśle Patryka Małeckiego?

- Powinien wejść wcześniej. Po wyrównaniu krakowianie mieli przewagę, mogli pójść za ciosem i zaryzykować wprowadzenie Małeckiego. Mógłby jeszcze bardziej pociągnąć zespół, bo była ku temu odpowiednia temperatura - aż się kotłowało, było więcej agresywności, a Wisła dobrze w takiej atmosferze się czuła. Trener Robert Maaskant przespał najlepszy moment na zmiany, bo potem Duńczycy uspokoili grę i zaczęli kontrolować mecz.

Wydawało się, że Odense to najsłabszy zespół w grupie. Na co zatem stać Wisłę w Lidze Europy?

- Mecz pokazał, że na niewiele. Odense ma bardzo wyrównany, solidny skład i można było się spodziewać, że będą trudnym rywalem. Jestem pozytywnie zaskoczony, grą tego zespołu. Bardzo dobrze wykonują stałe fragmenty gry. Mają zawodników potrafiących niemal w punkt wrzucić piłkę. To może być czarny koń tej grupy. Byli niedoceniani na początku, ale jeśli potwierdzą w kolejnych spotkaniach to, co pokazali w meczu z Wisłą, to mogą nawet wygrać grupę. Tym bardziej, że Odense na wyjazdach gra słabiej niż u siebie.

Więcej o:
Najczęściej czytane