Sport.pl

Ekstraklasa. Wisła myśli tylko o Lidze Mistrzów

I w tym, i w poprzednim sezonie mistrz Polski rozpoczynał rozgrywki na boisku Widzewa. Historia rzeczywiście lubi się powtarzać - przed rokiem Lech, a w sobotę Wisła zremisowały w Łodzi 1:1. To tyle, jeśli chodzi o porównania odsunięte w czasie.
Jeśli jednak na świeżo przyłożyć krakowian do lechitów, którzy dzień wcześniej zgilotynowali w Bełchatowie inny łódzki klub ŁKS 5:0, to... lepiej wypada Wisła. Ekipa Roberta Maaskanta, z głowami zaprzątniętymi walką o Ligę Mistrzów, miała w inauguracyjnej kolejce ekstraklasy dużo większą przewagę nad rywalem niż Lech, który dziś nie ma żadnych obciążeń pozaligowych, wszak w Europie może się pokazać najwcześniej za rok. A czemu w ogóle mówić o Wiśle w kontekście Lecha i odwrotnie? Bo to przecież niezmiennie główni faworyci do krajowych laurów.

Wiślacy niespecjalnie się przejęli stratą dwóch punktów (a właściwie cudownym zyskiem jednego w 93. min) z Widzewem. - W środę taki wynik bierzemy w ciemno - mówili zgodnie. Tego dnia o godz. 20.30 mistrz Polski rozpocznie rewanżowy mecz III rundy eliminacyjnej LM z Liteksem Łowecz. Pierwsze starcie w Bułgarii krakowianie wygrali 2:1 i jeżeli teraz rzeczywiście miałoby być 1:1, to Wisła nie tylko stanie do decydującej batalii o awans do futbolowej elity, ale też będzie już miała gwarancję, że w najgorszym razie czeka na nią grupa Ligi Europejskiej.

Nic więc dziwnego, że na razie nikt w Krakowie (poza Cracovią oczywiście) nie zwraca uwagi na ekstraklasę. Trener Maaskant dobrze wie, że dla właściciela Wisły Bogusława Cupiała obsesją jest promocja do Ligi Mistrzów, a nie ewentualna liczba goli i punktowy zysk w zdarzeniu, które jest zaledwie jedną trzydziestą rozpędzającego się dopiero sezonu. I dlatego świadomie nie zabrał do Łodzi Siergieja Pareiki, Radosława Sobolewskiego i Patryka Małeckiego, o których w komplecie powiedział po remisie z Widzewem, że na Liteks na pewno będą gotowi.

Wracając do ligowej premiery - jak to możliwe, że zespół, który wygrywa 5:0, może być niżej oceniony od szczęśliwego zdobywcy marnego punkciku w ostatniej chwili?

Po pierwsze, Lech miał w meczu z ŁKS nieprawdopodobną skuteczność. Raz skorzystał z podwójnego samobója, raz lub dwa - jak twierdzą niektórzy - miał sprzymierzeńca w arbitrach, którzy nie zauważyli ani spalonego, ani... braku gola po strzale Artjomsa Rudnevsa.

Przy kolejnym trafieniu akcję lechitom wypracował jeden z ełkaesiaków, piękną prostopadłą główką wyprowadzając Rudnevsa na pozycję sam na sam. Jedynie Semir Štilić od początku do końca odpowiada za gola dla swojej drużyny - fantastyczne skądinąd uderzenie na 3:0 było jedynym błyskiem Bośniaka na początek ligi.

Po drugie, to Wisła miała gwiazdy, nie Lech. Poznańskiej ekipie wystarczyły do utarcia nosa podstarzałemu beniaminkowi (średnia wieku pierwszej jedenastki ŁKS - 29,54 lat) litry potu pracusia Rafała Murawskiego, dwie asysty Mateusza Możdżenia i piłkarska intuicja Rudnevsa. Poza tym Lech niespecjalnie grał w piłkę - ani nie budował akcji, ani nie stwarzał okazji.

Wisła odwrotnie - w futbolowych umiejętnościach miała nad Widzewem przewagę gigantyczną, krakowianie biegali po boisku w Łodzi z czytelnie wypisaną na pewnych siebie twarzach maksymą: "na pewno wygramy, a jeśli nie, to i tak jesteśmy lepsi". I rzeczywiście byli dużo lepsi, choć tylko do pola karnego, bo tam, zamiast szukać okazji do strzału, szukali kolejnego gracza w tej samej koszulce. I dlatego pierwszy raz od sześciu lat wystartowali do sezonu bez zwycięstwa.

Osobne słowa należą się Maorowi Meliksonowi i Ivicy Ilievowi, bo już widać, że obaj przerastają ekstraklasę o dystans, którego - z całym szacunkiem - przykładowy Mateusz Machaj z Lechii Gdańsk nie odrobi nigdy. Izraelczyk i Serb to na polskich boiskach futbolowi geniusze, grają tylko tak, by drużyna miała z tego pożytek, nie wybierają złych rozwiązań, niemal nie tracą piłek i nie podają niecelnie, a kilka wspólnych akcji zrobili na Widzewie takich, że gęby rozdziawiały się same.

Legia - Zagłębie odwołane przez ulewę »


Więcej o: