Rafał Sonik, biznesmen i kierowca quada, sylwestra po raz piąty spędzi w argentyńskim garażu

- Świętowanie nadejścia Nowego Roku w Buenos Aires czy Mar del Plata nie jest dla mnie nowością. W Argentynie zrobiliśmy niemalże studencką imprezkę tuż przy ciężarówce. Dwa stoły, ławeczki, kilka świeczek... Było cudownie, choć oczywiście bez ciężkich alkoholi - opowiada krakowski przedsiębiorca
Rajd Dakar to najtrudniejszy wyścig świata. Sonik startował w nim cztery razy. W debiucie był trzeci, ale potem nie opuszczał go pech. W 2010 roku był piąty, a dwóch poprzednich edycji nie ukończył. Przynajmniej oficjalnie, bo ciągle walczy, by sędziowie uznali jego wynik sprzed roku.

Rozmowa z Rafałem Sonikiem

Jarosław K. Kowal: Jak często spędza pan sylwestra w kraju?

Rafał Sonik: Od pięciu lat, czyli odkąd startuję w Rajdzie Dakar, nie było mnie tego dnia w Polsce. Wcześniej bywało różnie. Jestem przyzwyczajony do podróżowania. Poza tym okazji do świętowania z przyjaciółmi czy rodziną mam więcej niż sylwester. Do tego powody nieobecności są ambitne. Ostatnio w sylwestra prawie nie wychodziłem z warsztatu i tylko sztuczne ognie oglądałem przez otwarte drzwi. Sylwester to oczywiście przełomowy moment, czas podsumowań, ale dla mnie to przede wszystkim otwarcie na nowe cele. A tym pierwszym z reguły jest właśnie Rajd Dakar. Sam sobie go wybrałem. Przecież nikt mnie nie zmusił. To może niebezpieczny wybór, ale własny.

Zatem który sylwester był najbardziej nietypowy?

- Przełom 2008 i 2009 roku, mój pierwszy udział w Dakarze. Tak się złożyło, że tuż przed startem brakowało mi wielu ważnych części, w tym kół zapasowych. Przesyłka z Kalifornii nie dotarła na czas. Najpierw nadawca przekonywał mnie, że moje części w Buenos Aires będą jeszcze przed świętami. Nic z tego nie wyszło. Na kilka dni przed sylwestrem Amerykanie twierdzili, że przesyłka jest już w Argentynie, a miejscowi upierali się, że nie dotarła do granicy. Byłem zrozpaczony. Zacząłem chodzić po ludziach i pytać, czy nie pożyczą kilku kół, bo inaczej nie będę miał jakichkolwiek szans, by do mety dojechać.

W końcu udało się zlokalizować przesyłkę, ale agencja celna w Buenos Aires zażądała za jej wydobycie z lotniska 25 tys. dol. Dostałem dwie godziny na podjęcie decyzji, a takiej gotówki oczywiście przy sobie nie miałem. Wtedy dzięki pomocy Filipa Dąbrowskiego jakimś cudem trafiłem do dziewczyny, która była w stanie pomóc. Powiedziała, bym się nie martwił, że wystarczą 2 tys. i przesyłka do mnie dotrze dzień przed sylwestrem.

I co?

- Oczywiście nie dotarła. Wtedy pomyślałem, że to koniec. I właśnie w sylwestra, kiedy byłem już kompletnie zdruzgotany, na wielki dakarowy biwak, gdzie stoi około 500 samochodów, wjechał rozklekotany furgon. Już zmrok zapadał, a on ledwo jechał, drzwi kolanem trzeba było dopychać. Kierowca Argentyńczyk stanął przy mnie i pyta: "Polonia?", "Tak", "Cracovia?", "No tak", "Sonik?", "No, Sonik", "Przesyłka dla pana". Jak ja to wszystko zobaczyłem, to się rozpłakałem ze szczęścia.

To, że rzutem na taśmę udało się skompletować części, to mało powiedziane. Już byłem za burtą i nagle boska ręka wciągnęła mnie na pokład. Pomyślałem wtedy, daję słowo, że opatrzność nade mną czuwa i że jeśli sylwester był szczęśliwy, to potem też będę miał szczęście.

Przy takim napięciu ktoś potrafi się rozluźnić i chociaż w sylwestra zapomnieć o potrzebnych częściach i trasie do pokonania?

- Tak, wielu jest takich kierowców. Ja przede wszystkim staram się wyspać i nie poddać mojej dominującej cesze, którą jest perfekcjonizm. Zawsze myślę o tym, co nie zostało zrobione albo mogło zostać zrobione źle. To chyba przypadłość każdego menedżera, a ja przecież od 16. roku życia zarządzam zjawiskami gospodarczymi. Na szczęście w tej edycji startujemy dopiero 5 stycznia. Cieszę się, bo będzie czas, by naprawdę dobrze przygotować się pod względem psychicznym.

Więc może jednak będzie czas na sylwestrową zabawę?

- Ostatnio w Mar del Plata było kilka grup Polaków, więc zrobiliśmy sylwestra przy ciężarówce Piotrka Beaupre. Zgromadziło się około 20 osób i wytworzyła się znakomita atmosfera. Były dwa stoły, w tym jeden do masażu, a na nich jedzenie, woda mineralna i szampan, bo cięższych alkoholi przed startem oczywiście nikt nie pije. Do tego ławeczki, kilka świeczek i to wystarczyło. Chciałbym, by tak samo było w tym roku.

Czyli to pan organizuje imprezę sylwestrową?

- To raczej będzie spontan, niemalże studencka impreza. Żałuję tylko, że niektórzy dolecą dopiero 1 lub 2 stycznia, ale może chcą ograniczać koszty. Ja lecę przed sylwestrem, bo chcę się zaaklimatyzować.

Mimo wszystko ubiegły sylwester nie był aż tak wesoły, bo właśnie tego dnia dowiedział się pan, że nie będzie klasyfikowany w Dakarze. Ponoć silniki w kilku quadach, w tym w pańskim, nie spełniały wymagań.

- Dla mnie to była próba charakteru. Chodziło o to, że parametry mojego silnika nie odpowiadały temu, co było zapisane w dowodzie rejestracyjnym. Tyle że polskie przepisy jasno mówią, że silnik jest częścią zamienną i razem z nim nie trzeba wymieniać dokumentów. Ale jak ja miałem wyjaśnić to sędziom w nocy w sylwestra, który w Argentynie jest dniem wolnym od pracy? Dopiero potem dostałem z wydziału komunikacji stosowne pismo. Tak samo volkswagen passat, w którym pan zmieni silnik, nadal pozostaje volkswagenem passatem! Mimo to na siedmiu zdyskwalifikowanych zawodników jeden wymiękł od razu, a potem zostało nas czterech, w tym trzech Polaków. Postanowiłem, że do końca będę walczył o swoje. Tym bardziej że już kiedyś zostałem postawiony w podobnej sytuacji, kiedy chciałem wybudować McDonalda na ul. Szewskiej.

Słucham?

- To było pod koniec lat 90. Wiele środowisk usiłowało nie dopuścić do wybudowania restauracji tuż przy Rynku. Konserwator wydał opinię, że to niemożliwe, ale byłem przekonany, że się myli. Postanowiłem, że jeśli mam prawo coś zrobić, to choćby nie wiem co się działo, zrobię to. Jeśli pomyliłbym się, położyłbym uszy po sobie i tyle. Ale jeśli urzędnik chce nadużywać prawa, to się na to nie godzę. Po siedmiu latach wywalczyłem swoje.

McDonald stoi, a z Dakarem jest podobnie?

- Do dziś jestem przekonany, że sędziowie popełnili błąd. Na początku byłem zszokowany, ale im dłużej o tym myślałem, tym bardziej się upierałem, że się nie poddam. Choćbym miał walczyć sam. Zresztą spór trwa do dziś, dlatego wyniki poprzedniego Dakaru nie są oficjalne.

I ciągle jest szansa, że ukończy pan rajd ponad rok po jego... zakończeniu?

- Jestem przekonany, że na którymś poziomie arbitrażu sportowego okaże się, że działaliśmy zgodnie z prawem. Co ciekawe, już rok temu zostałem na konferencji prasowej przedstawiony jako zwycięzca tzw. Quad Special Class [specjalna klasa quadów - przyp. red.], bo organizatorzy stworzyli coś takiego dla zawodników, który postanowili wystartować mimo oficjalnej dyskwalifikacji. Z kolei niedawno dostałem czwarty numer startowy, a właśnie na takim miejscu - według mnie zgodnie z przepisami - ukończyłem ostatni Dakar. Czuję, że teraz też będzie dobrze.