Sport.pl

"Kraków chciał mieć Euro u siebie, a ma problemy ze stworzeniem strefy kibica"

- Wiele osób było zażenowanych sposobem, w jaki zorganizowana była stefa VIP - pisze czytelnik w liście do "Gazety".
Na miejscu byłem o 17 godzinie. Sprawdzaniem wejściówek i wpuszczaniem do strefy zajmowało się pięć młodych pań. W sumie zajęło to może 2-3 min. Horror zaczął się, gdy chciałem odebrać napój i piwo, które było w cenie biletów. Najpierw trzeba było ustawić w się w kolejce do namiotu, by odebrać kupony i ewentualnie dokupić następne na piwo, czy napoje. Obsługą tego zajmował się jeden pan, chociaż obok niego były jeszcze 3 inne osoby! Jedna przeliczała pieniądze, inne kupony, a jeden pan je wydawał. W sumie w kolejce spędziłem niemal 40 minut. Następnie trzeba było odstać 20 minut w kolejce do piwa. Złocisty napój, który dostałem smakował gorzej niż najtańsze piwo z dyskontu. Wstyd dla przecież oficjalnego sponsora tych mistrzostw, gdyż nieraz piłem jego wyroby i z butelki czy puszki i smakują o niebo lepiej. A cena piwa to 7 zł. Na trybunie pojawiłem się 10 minut po pierwszym gwizdku. Na szczęście na atmosferę, podczas meczu narzekać nie mogę. Po następne piwo udałem się w połowie drugiej części spotkania. Kolejne 20 minut stracone w kolejce.

Naprawdę nie oczekiwałem, po kupnie biletu VIP za 30 zł nie wiadomo czego. Nie wiem może organizatorów zaskoczył fakt tak dużej liczby osób? Może liczyli, że nikt nie będzie chciał się piwa napić? Przecież kupony na piwo i napój, które były w cenie biletów, mogły rozdawać panie, przy wpuszczaniu do strefy. Bardzo wiele osób tracących czas w kolejce było zażenowanych taką organizacją. Jakby trudno było zaangażować więcej osób do wydawania kuponów i nalewania piwa. Przy takiej liczbie osób kolejki zawsze będą, ale bez przesady by aż takie. Następny mecz reprezentacji obejrzę już w osiedlowym pubie, przy normalnym piwie, a nie oranżadzie. A podobno Kraków chciał euro u siebie.

Więcej o: