Michał Kościuszko: Przeżyliśmy chwile grozy, ale udało się dowieźć zwycięstwo

- Przez drugą część rajdu koncentrowaliśmy się tylko na tym, by dotrzeć do mety. Jechaliśmy z prędkością 40km/h, cały czas na trzecim biegu, którego nie zmieniałem, bojąc się, że to może spowodować jeszcze większe problemy - mówi po zakończeniu rajdu Monte Carlo Michał Kościuszko, kierowca z Krakowa.
Kościuszko, trzeci kierowca poprzedniego sezonu w stawce PWRC, wraz z pilotem Maciejem Szczepaniakiem zwyciężył w rozgrywanym od środy do niedzieli rajdzie Monte Carlo. Był to pierwszy tegoroczny wyścig zaliczany do klasyfikacji mistrzostw świata. Polska załoga po dwóch dniach prowadziła w stawce. W sobotni poranek awarii uległ jednak dyferencjał i - mimo że kierowcy dwukrotnie podejmowali próbę naprawy - do końca rajdu musieli jechać z usterką.

Katarzyna Bobińska: Jak Pan ocenia zakończony w niedzielę rajd?

Michał Kościuszko: Znów mieliśmy sporo pecha i wiele szczęścia jednocześnie. Pech to oczywiście awaria samochodu. Ale na naszą korzyść zadziałał regulamin. W rajdzie Monte Carlo nie można korzystać z systemu Super Rally. To znaczy, że do wyścigu nie mogą powracać załogi, które odpadły na poprzednich etapach rywalizacji. Brak tego systemu odstraszył wielu potencjalnych rywali. Łatwiej było nam więc kontynuować rajd mimo awarii, bo nie musieliśmy koncentrować się na walce z przeciwnikami, tylko na tym, by ukończyć kolejne oesy. Podjęliśmy spore ryzyko, bo na każdym etapie trasy było zagrożenie, że nie ukończymy zawodów. Przeżyliśmy chwile grozy, ale udało się dojechać do mety z kompletem punktów.

Na czym dokładnie polegała awaria?

- Początkowo myśleliśmy, że problem dotyczy skrzyni biegów, ale potem okazało się, że zepsuł się przedni dyferencjał. Tak przejechaliśmy cztery oesy. Poruszaliśmy się ze średnią prędkością 40 km/h, cały czas na trzecim biegu. Bałem się, że jeśli zacznę go zmieniać, przyniesie to więcej szkód.

Rajd Monte Carlo zwykle odbywa się w trudnych warunkach atmosferycznych. Jak było tym razem?

- Główny problem polegał na tym, że pogoda podczas zawodów bardzo często się zmieniała, nie dało się jej przewidzieć. Zdarzało się, że wyjeżdżaliśmy przy pełnym słońcu i twardej nawierzchni, a za chwilę zaczynał padać śnieg, robiło się ślisko. Startowałem w tym rajdzie po raz pierwszy, i choć wiedziałem wcześniej, co mnie czeka, warunki atmosferyczne i tak okazały sporym zaskoczeniem. Jako debiutanci musieliśmy zapłacić frycowe, uczyliśmy się, jak przygotowywać strategię. Największy problem był oczywiście z oponami. Żadne nie były idealne, bo nawierzchnia zmieniała się kilkakrotnie podczas jednego odcinka.

Z drugiej strony konkurencja nie była duża, bo wielu rywali nie stawiło się na starcie.

- To prawda. Nie lekceważę oczywiście przeciwników, każdy może wygrać, ale, realnie patrząc, byliśmy zdecydowanym faworytem. Głównym rywalem był jednak sam rajd. Musieliśmy cały czas utrzymywać koncentrację, co w momencie, gdy nie ma za wielu rywali nie jest łatwe. Zdarzają się wówczas momenty rozluźnienia, głupio można popełnić błąd, który później może zaważyć na wyniku.

Jechał Pan w Monte Carlo po raz pierwszy. Trasa sprawiała Panu trudności?

Okazała się względnie łatwa. Była ciekawa, momentami trudna, ale nie z innej planety. W karierze pokonałem już wiele trudniejszych. Największą przeszkodę stanowiła pogoda i to, że nie mogliśmy jej przewidzieć. Dodatkowym utrudnieniem było to, że rajd trwał dłużej niż zwykle, bo aż pięć dni. Pod koniec byliśmy już dość zmęczeni.

Kolejny rajd będzie zupełnie inny?

- Tak. Następne zawody, w Meksyku, nie przypominają niczym tych zakończonych w niedzielę. Jechałem tam już kilkakrotnie i zawsze dobrze mi szło. Spodziewam się większej liczby silnych rywali, czeka nas zdecydowanie bardziej zacięta walka. Pogoda nie sprawia tam na szczęście tyle problemów, co w Monte Carlo, warunki są przewidywalne. Trasa w Meksyku jest łatwa, więc będzie można skupić się tylko na szybkiej jeździe. Uwielbiam się ścigać, więc na myśl o rajdzie Meksyku bardzo się cieszę.